wtorek, 26 lipca 2016

(Przezro)Czystość


Obrazy, takie jak ten, powstają z myślą o wszystkich potrzebujących ukojenia. 
Lusia "ładuje akumulatory" i osiąga wewnętrzny spokój poprzez bliski kontakt z naturą. Bieganie, długi spacer, malowanie na zewnątrz, czy prace w ogrodzie; silne emocje najlepiej wycisza harmonia przyrody. Jej niewinność, przejrzystość i spokój. Długi spacer lasem oczyszcza organizm (pisząc to, miałam na myśli oddychanie, ale można dodać sobie aspekty duchowe i relaksację) i przywraca równowagę. Z pewnością każdy przynajmniej raz tego doświadczył. 
Warto zatrzymać to wrażenie, utrwalić je na obrazie, by później móc wracać. W chwilach wzburzenia czy melancholii. Mieć na ścianie cichy, kojący, leśny azyl.
Bladość i monochromatyczność gamy barwnej tego obrazu jest celowa - pozwala dostrzec zróżnicowanie faktur: miękkość mgły, delikatność traw, szorstkie, kruche gałęzie. Impresjonistyczną zabawę światłem i warstwami powietrza. Nie ma tu agresywnych kolorów i kontrastów, nic nie pobudza i nie rozprasza, podczas kontemplacji. 
Propozycja dla miłośników przyrody i klasycznego malarstwa. A także dla tych, którzy budują sobie w domu świątynię wyciszenia i relaksu.

Emilia Dadan 

poniedziałek, 25 lipca 2016

Liceum plastyczne? Nienajlepszy pomysł


Jedyne, co wyniosłam z liceum plastycznego to uprzedzenia do artystów. 
Cztery lata paranoicznej atmosfery, toksycznych relacji i problemów z kosmosu. 

Kiedy jest się nastolatkiem, ma się pełne prawo do bycia idiotą. Człowiek szuka tożsamości i dużo mu się wydaje. Ma ochotę być punkiem, walczyć z systemem, nosić kolorowe włosy. Albo koszulkę z głową kozła i biżuterię z kości. Albo zostać dziunią (lub dziuniem) i ubierać w to, co wydaje mu się seksowne.
W plastyku można sobie pozwolić w kwestii wyglądu na nieco więcej niż w normalnej szkole. 
Jeśli zechcesz zrobić tatuaż na twarzy - spoko. Jednak bluzka z głębokim dekoltem może już stanowić poważny problem. "Bo niby nie oceniamy po wyglądzie, ale tak naprawdę..."

Tak naprawdę - w liceum chwalącym się "klimatem tolerancji i otwartości" byłam świadkiem niewiarygodnej skali uprzedzeń, pochopnych ocen i gigantycznej fiksacji na punkcie tego, kto co ma na sobie. Seksistowskich uwag, kpin z nadwagi, zawiści i bezinteresownej złośliwości. Również ze strony "pedagogów".

Zobaczyłam też wiele niezdrowych relacji pomiędzy nauczycielami, uczniami, dziwnych humorów, afer i absurdów, rodem z kiepskiego sitcomu. Sytuacji tyle śmiesznych, co przerażających. Traktowania dorosłych ludzi z góry, a także przedziwnej kontroli.
Pamiętam, jak po zdanych maturach, osiemnastolatkowie nie mogli rozejść się do domów, bez pisemnej zgody rodzica. Pytałam wtedy dyrekcję, czy jeśli wyjdę za mąż (co mogłam już legalnie zrobić) usprawiedliwienie będę musiała mieć od mamy, czy od małżonka.

Licea plastyczne nie podlegają zwierzchnictwu Kuratorium Oświaty. Pieczę nad takimi szkołami powinno sprawować Ministerstwo Kultury, z zasady niedofinansowane i zajęte własnymi kłopotami. Jeśli więc napotkamy na problem administracyjny, lub będziemy chcieli zgłosić nieprawidłowości - prawdopodobnie znikąd nie otrzymamy pomocy.

Plastyk nie nauczy cię też rysować. Ale może sam się nauczysz, podpatrując jak inni to robią. Szybko się z resztą przekonasz, że uczą cię osoby, mniej zdolne od twoich znajomych. Malarze, którzy ostatni obraz sprzedali w '85. Wśród uczniów zdarzają się jednak niewiarygodne talenty i to na nich warto się wzorować. 
Podczas zajęć zrobisz kilkadziesiąt szkiców postaci, kilka widoczków plenerowych i trochę martwych natur, z kompozycjami dzbanków i plastikowych owoców. Raczej nic, na czym można zarobić.

Licea plastyczne kuszą "dyplomem zawodowym". Jednak dyplom jest nic nie warty, gdy nie stoi za nim portfolio. A jeśli masz dobre portfolio - nie potrzebujesz dyplomu. Naprawdę. Zleceniodawcę obchodzą twoje umiejętności i ma w nosie, czy są potwierdzone jakimś świstkiem. Taki papier nie jest również przepustką na żadne, związane ze sztuką studia. Znacznie lepszą inwestycją będzie kurs rysunku architektonicznego, czy lekcje malarstwa u profesorów ASP.

W liceum spotkałam też kilka naprawdę wspaniałych osób. Na przykład Panią Agnieszkę, która uczyła historii sztuki i pozwoliła mi coraz mocniej zakochiwać się w tym przedmiocie, będąc jednocześnie jedną z najcieplejszych i najbardziej czarujących kobiet. 
Warto było skończyć plastyka chociażby z tego powodu.

Jednak kolejnym pokoleniom nie polecam. Miałam nadzieję, że to moje osobiste doświadczenia nastroiły mnie tak gorzko, jednak rozmawiając z absolwentami innych szkół plastycznych, zrozumiałam, że wszędzie, w każdym mieście jest podobnie. 
Szkoda.

Emilia Dadan

sobota, 23 lipca 2016

Dmuchawce, coś pięknego!

Dmuchawce zawsze będę uwielbiała, szczególnie w takich kolorach. Cudnie wyglądają tak obmyte fioletem i jakby kosmiczną materią. Kojarzą mi się trochę z rozlanym mlekiem, które będąc niestałe przemierza jakąś obcą nam przestrzeń. Jednocześnie widzę też białe meduzy lub pająki. Tak wiele kształtów na jednym obrazie. Te dwa byty fruwające we Wszechświecie wydają się robić ogromny dystans w jakiejś czasoprzestrzeni, szukając siebie samych, swojej esencji. Jak często bywa tak, że przeżywamy całe życie, a i tak siebie nie znamy, nie wiemy, co nas uśmierca, a co daje nam siłę. Trochę jakbyśmy mieli poplątaną duszę, jakby była jakimiś witkami delikatnymi i elastycznymi. I te witki zwijają się, łączą w jedność, niekiedy znów rozdzielają na wiele mniejszości odbiegających od stanu naturalnego. Widzę na tym obrazie, że dwie jednostki pragną odczuwać całość siebie, ale wiedzą, że to nie jest najłatwiejsze z zadań odnaleźć siebie w takim chaosie zdarzeń, ludzi, zjawisk, rzeczy. Niemniej nie tracą spokoju. Można by pomyśleć, że prawdziwą harmonię można osiągnąć dopiero po znalezieniu zagubionego własnego jestestwa. Dla mnie to wygląda inaczej. Może właśnie najpierw trzeba trzymać się uparcie harmonii i spokoju żeby odnaleźć swą zgubę? Może bez ufności w dobry los i własne zdolności nie jesteśmy w stanie uporządkować tego bałaganu i znaleźć w nim drogi do najwyższej szczęśliwości? Może pomimo bycia jedynie maleńkim pyłkiem w wielkim kosmosie życia i psychiki musimy nadal wierzyć w jakiś sens i dążyć do przodu, umykając prawdzie jakobyśmy nic nie znaczyli z powodu naszej kruchości? Niekiedy coś tak pozornie nieznaczącego i malutkiego potrafi zmienić wszystko, co duże i ważne. W końcu każda budowla, każde przedsięwzięcie tworzone jest z mniejszych cząstek. Tak samo każdy sukces, samospełnienie, wypełnienie swojej życiowej misji może dopełnić się tylko dzięki niezmierzonemu ogromowi drobnych, kruchych w pojedynczej walce, pierwiastków.

_____

I will always adore dandelions, particularly those colors. They look wonderful cleaned by violet and something like space matter. They remind me spilled milk, which is liquid and traverses alien for us space. I see also white jellyfishes or spiders. So much shapes in the same picture. These two beings flying at the Universe look like doing huge distance in some spacetime, looking for themselves, their essence. It's realy often when we lived all our life and we didn't know ourselves, we didn't know what killing us or what makes us strong. It's something like we would have tangled soul, like it would to be withes weak and flexible. And these withes are curling up, connecting (uniting) or sometimes separating to many many small things which aren't similar to original condition. In this picture I see that two individuals wants to feel all of themselves but they also know that it isn't the easiest task to find themselves in such chaos of events, men, things. But they still are calm, they aren't losing calmness. It could think that real harmony can achieve only after find lost own nature (existence). Form me it looks different. Maybe at first it should keep stubbornly with harmony and calmness for find own lost thing? Maybe without trust in good fate and own skills we aren't able to organize this mess and find inside the path to the greatest happiness? Maybe although being only small speck in large space of life and psyche we should trust in some sense and strive forward, escaping truth that we're not matter due to our fragility? Sometimes something so seemingly little and small matter in the world can change everything, which is big and important. Finally every building, every project is making by smaller molecules. It's the same with every succes, self-fulfillment, making own mission of life can be make only thanks to countless immensity of tiny, fragile (in single battle) elements.

~~Kamila Kossowska
Jeszcze jakiś czas temu mój dziadek zrywał dla mnie kwiaty, które hodowała pod blokiem najpierw babcia, a później on po jej śmierci. Dawał mi je przy odwiedzinach i mogłam do woli napawać się ich zapachem i wyglądem w drodze do domu oraz później. Z czasem kwiatów w ogrodzie było coraz mniej. Dziadek był słabszy i przestawał pielęgnować pewne sprawy. Mimo to zawsze znalazł dla mnie jakieś pojedyncze sztuki i obdarowywał mnie nimi, rozświetlając tym życie, jego ponure aspekty. Cóż innego mogłoby złagodzić codzienny ból egzystencji jak nie kwiaty i miękkie dłonie dziadka, które je zrywały? Dłonie, które dbały zarówno o roślinki, jak i o mnie, gdy byłam ziarenkiem i później, gdy dojrzewałam do roli kwitnącego kwiatu. Ten obraz przypomina mi te dwie rzeczy, te dwa małe pyłki budujące moją przeszłą rzeczywistość. Widzę radość obrazu i zestawiam go z nostalgią wspomnień. Pomarańcz, zachód dnia, początek końca. Początek zmierzchu jakiegoś okresu. Niegdyś ten obraz nie zostawiał niczego znaczącego w mojej duszy po jego obejrzeniu. Teraz jest dla mnie pamiątką osoby. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że napiszę kiedykolwiek o tym obrazie. Jak bardzo pewne wydarzenia mogą zmienić postrzeganie świata. Jak bardzo człowiek zmienia się, odnawia zaraz po wewnętrznej zagładzie. Mieści w sobie wszystko i nic. Zawiera ogrom dobra, gotowego do czynienia, i ogrom zła. Człowieka tworzą decyzje i czas, mijający wbrew woli. Naszym celem jest podejmować wybory i żyć dopóki starczy nam sił i dopóki świat nie postanowi się dla nas skończyć. Pewnym wyborem było podlewanie róż, zajmowanie się nimi, ścinanie ich, pozbywanie z kolców i dawanie swojej wnuczce. Wyborem też było przytulanie swoją miękką aksamitną dłonią jej dłoń. Te wybory zapadły mi w pamięć, mimo że człowiek ma tendencję do przetrzymywania w pamięci zła. Czasami warto zdobyć się na najmniejszy, ale dobry gest. Czasami ten gest może być jedyną myślą w chwili odejścia, w chwili, gdy świat również podejmuje jakąś decyzję. Decyzję, która jest nieodwracalna i zmusza do poszukiwania tych najdrobniejszych, pięknych, niosących uśmiech drobinek. Tylko to może nas ocalić, tylko ciepło, które będzie zamiennikiem, które sami znajdziemy wówczas, gdy coś się zakończy na zawsze i nigdy już nas nie otuli. To jest nasza misja. Bo nic nie jest stałe, wszystko płynie, przemienia się i my ludzie musimy akceptować zmiany. Jakiekolwiek by one nie były…
___________
Some time ago my grandpa was picking flowers for me, which my grandma was growing close to their block of flats until her death. Grandpa was giving its me during visits and I could gloat over their scent and appearance at will on the way home and later. With time flowers in the garden were less and less. Grandpa was weaker every day and stopped care about some things. Although this he's always found single piece and given it to me, brightening my life and its gloomy aspects. What other could mitigate daily pain of existence like flowers and gentle hands of grandpa, which were them picking? Hands, which was caring about plants and then me, when I was like a seed and next when I was growing up to role of mature flower? This picture reminds me these two things, these two small specks buildings my past reality. I see joy of pic and I combine it with "la nostalgie" of my memories. Orange, sunset, beginning of the end. Beginning of some period's gloaming. Aforetime this picture isn't leaving important things inside me after watching it. Now it's souvenir of some person for me. Never before I have thought that one day I will write about this painting. How certain events can change the perception of the world. How man changes himself and renews after soul's destruction. Includes in himself everything and nothing. Includes greatness of good, ready to do, and vastness of evil. Decisions and time passing against the will, make human. Our goal is to make choices and live as long as we have enough forces, and until the world decides for us to finish. Some choice was watering the roses, to deal with them, shear them, getting rid of the spikes and giving his granddaughter. Choice was also hugging his soft velvety palm of her hand. These decisions collapsed in my memory, although that human has tendency to keep evil in memory. Sometimes it's worth to do something good even it's the smallest thing in the world. Sometimes this gesture may be the only thought at the moment of leaving, at a time when the world also takes a decision. The decision, which is irreversible and forces you to look for the smallest, beautiful smile carrying particles. Only this can save us, only heat, which will be a replacement, which we find when something is finished forever and never us wrap. It's our mission. Because nothing is constant, everything is flowing, is changing and we, people, we shuld accept changes. Whatever they may be...

~~Kamila Kossowska

poniedziałek, 18 lipca 2016

Jaki obraz do wnętrza? 5 przydatnych wskazówek


1. Statystyczny pokój dzienny jest utrzymany w tonacjach piaskowo - beżowych z domieszką brązów. Jeśli chcemy uniknąć monotonii mieszkania w wielkiej misce z budyniem (oraz mdłości), warto ożywić wnętrze czymś totalnie kontrastowym. Wybierzmy obraz w intensywnych kolorach (w pobliżu beżów świetnie sprawdzają się zwłaszcza fuksja i granat!) i nowoczesnej formie. Mocny wizualny bodziec wprowadzi do zachowawczego salonu energię i różnorodność.

2. Warto myśleć nieszablonowo. Moim ostatnim zachwytem była seria niezłych abstrakcji... w łódzkim lumpeksie na ulicy Wschodniej. Sztuka przyciąga wzrok szczególnie, gdy się jej nie spodziewamy. Obrazek, zawieszony w toalecie rozbawi i zaskoczy naszych gości. Choć może zmysłowy akt na suficie sypialni bardziej przemówi do wyobraźni. A co powiecie na podświetloną abstrakcję pod szkłem, w podłodze? Ze sztuką trzeba eksperymentować! Obrazy nie są zarezerwowane dla ścian w salonie. 

3. Jedno duże płótno jest lepsze niż sto małych. Nie ma się czego bać. Niech obraz zajmie pół ściany. Niech wygląda, niech przemawia! I niech pokazuje, że mamy dobry gust i talent do aranżacji. Kilka skumulowanych obrazków sprawi, że pokój wyda się ciasny. I uczyni ze ściany witrynę wystawową w kiepskiej galerii sztuki. Może też wprowadzić niepotrzebny chaos (prace nie pasują do siebie, nie wiadomo, gdzie skupić uwagę). 

4. Ręce precz od banałów! Przedruki i reprodukcje znanych obrazów to najgorsze i - wbrew pozorom - wcale nie najtańsze rozwiązanie. Nawet jeśli uprzemy się na Klimta, lepiej wybrać obraz młodego artysty, inspirowany wiedeńską secesją, niż zlecić wykonanie kopii. Wielu malarzy czerpie z dorobku dawnych mistrzów, przetwarza elementy ich stylu i nawiązuje do ich prac, jednocześnie tworząc oryginalne, współczesne dzieła sztuki. Zapraszam TUTAJ i TUTAJ po przykłady z naszego podwórka. Takie prace często można znaleźć na aukcjach, w galeriach internetowych i na stronach domowych artystów w bardzo atrakcyjnych cenach.

5. Obraz jest najważniejszym elementem dekoracji. Prawdopodobnie zdominuje i podporządkuje sobie resztę wnętrza, nadając aranżacji charakter. Zwróćmy wiec szczególną uwagę na jego wymowę i oddziaływanie. Czy wzbudza w nas niepokój, czy zachęca do relaksu? Raczej wycisza nasze emocje, czy działa pobudzająco? Oba warianty są wspaniałe, lecz nie w każdym wnętrzu się sprawdzą. W gabinecie kreatywnego twórcy żywe, dynamiczne, surrealistyczne wizje mają rację bytu. W poczekalni do gabinetu stomatologicznego - już nie bardzo. Zastanówmy się, jak obraz na nas działa. I czy właśnie takich odczuć oczekujemy w danym miejscu.

 Emilia Dadan

piątek, 15 lipca 2016

Dmuchawce się sprzedają


Świat sztuki jest nieprzewidywalny. Ten, kto traktuje malarstwo jak inwestycję, musi liczyć się z ryzykiem. Gusta publiczności i krytyków są kapryśne. Trendy zmieniają się coraz szybciej. O ile łatwo sprzedać z zyskiem "wielkie nazwiska", to inwestowanie w młodych twórców znaczne bardziej przypomina hazard. Mamy tu loteryjkę. Jesteśmy zdani na łut szczęścia, wstrzelenie się w moment popytu... Talent artysty odgrywa często drugoplanową rolę. Z resztą talent rzadko bywa obiektywną wartością.
Ciężko przewidzieć, jakie obrazy warto gromadzić, albo oszacować cenę, jaką obraz osiągnie po śmierci autora. Dla artysty to również zagadka, co "opłaca się" malować. Wybory klientów bywają zaskakujące. Czasem łatwiej sprzedać nieudany szkic malarski, dostrzeżony w kącie pracowni, niż dopieszczone dzieło sztuki, o które trzeba się z klientem targować. Nigdy nie wiadomo, co okaże się strzałem w dziesiątkę. Z jednym wyjątkiem.
Dandeliony. Dmuchawce. Mniszki lekarskie. To absolutnie najpopularniejszy z cykli malarskich Marioli. Ich subtelność, delikatność, bezpretensjonalny urok i graficzny charakter obrazów sprawiają, że dmuchawce są hitem na każdej aukcji. Prywatni klienci zamawiają je w ulubionych wersjach kolorystycznych, spersonalizowane, dopasowane do wnętrza i osobowości. Niektórzy wolą bardziej realistyczne i naturalne, inni preferują graficzne i nieco zdekonstruowane, doprowadzone do abstrakcyjnej formy. 
W dzisiejszej notce prezentuję tylko skromną część "dmuchawcowego" dorobku Lusi. Jednak obrazy, które wybrałam, wydają mi się dość dobrze reprezentować ten zróżnicowany świat malarskiej wiosny.

Emilia Dadan





środa, 13 lipca 2016

Szkic anatomiczny


Mariola znów kłania się swoim mistrzom. W tym wypadku rolę mistrza odegrał Zdzisław Beksiński, a główną inspirację stanowiły detale jego obrazów. Pajęcze sieci, plątaniny i zmarszczki widoczne na drugich i trzecich planach.
Jednak tutaj, w odróżnieniu od prac Beksińskiego, widzimy abstrakcyjną makabreskę, zamiast surrealistycznego horroru. 
Niepokój nie jest wyrażony wprost, odczucia są wyabstrahowane z pozamalarskiej rzeczywistości. Tym, co istotne są kształty i kolory, przywołujące skojarzenia z włóknami mięsa, zawiesiną krwi w wodzie, całą somatyczną mechaniką ludzkiego ciała, czy anatomicznymi szkicami. Formy, nawiązujące do cielesności zostały połączone ze strachem, który nie ma kształtu. 
O ile bowiem ciała bywają piękne i zgrabne, o tyle wszystko, co wewnątrz, pod skórą - zawsze przeraża. Każdy rzut oka w te zakamarki jest wkraczaniem w sferę pewnego tabu. Na obszar dostępny wyłącznie dla rzeźników i lekarzy. Wszystko, co w środku płynie, pieni się i bulgocze, napełnia nas odrazą, jest odległe i obce. 
A przecież kryje się tam świat niezwykłych zmysłowych doznań, śliskości, lepkości i ciepła, niewiarygodnych struktur i konsystencji. Esencja życia i tajemnica śmierci. Pobudzająca jędrność gładkich tkanek, soczystość ukrwionych mięśni. Barokowy przepych rudych draperii. I skrzepy, ciemne jak ziemia, jak diable nasienie, pieczone pestki i nieskończony wszechświat...

Emilia Dadan

wtorek, 12 lipca 2016

Kostiumy i scenografia


Dita Von Teese powiedziała kiedyś, że jako mała dziewczynka, marzyła, by "nosić odświętną sukienkę na co dzień". To pragnienie stało się jej myślą przewodnią i inspiracją. Dziś, patrząc na jej kreacje, zazdroszczę nie tylko strojów, ale przede wszystkim samozaparcia
Często bowiem słyszymy, że skłonność do otaczania się pięknymi przedmiotami to dowód próżności i snobizmu, a przywiązanie do pięknych ubrań to domena różnych dziuń i utrzymanek.
Nie znam jednak ani pół kobiety, która nie lubi od czasu do czasu się wystroić. Ani takiej, której nie zachwycałaby misternie wykonana biżuteria. Mało jest też takich, które nie lubią dostawać kwiatów bez okazji... Może więc zamiast demonizować piękno, warto znaleźć dla niego właściwe miejsce? 
I w końcu przyznać, że otaczanie się tym, co estetyczne, barwne i przyjemne to żaden grzech. A wygląd naszego otoczenia ma niebotyczny wpływ na jakość życia. 
Warto przy tym wyjaśnić, że w mojej opinii piękne przedmioty muszą nie być kosztowne. Nie przemawia do mnie "elitarność marki", za którą muszę zapłacić. Przemawia - materiał, talent i praca włożona w wykonanie.
Codziennie na swojej drodze spotykamy jakieś cuda. Możemy je ignorować, gromadzić lub przez chwile podziwiać (w naturze, w sklepie, w galerii). Świeże kwiaty, szklane kulki, ładne ubrania (od projektanta albo z lumpeksu), sztukę (tę wielką i tę od młodych, nieznanych artystów)...
Łatwo sobie odpuścić. Zapomnieć, jak wiele tracimy, gdy nam się nie chce zadbać o oprawę. Kostiumy i scenografię dla swojego życia.  
To oczywiście wymaga wysiłku. Czasem nakładów finansowych, czasem poświęcenia, czasu, lub pracy. Bez wątpienia łatwiej wcisnąć się w byle jakie ciuchy i skupić na "ważniejszych sprawach". 
Tylko, czy to nie jest ważne? Czy chcemy przeżyć swoje jedno, wyjątkowe życie w ubraniach i wnętrzach bez wyrazu? 
Ja pragnę zamieszkać w domu, w którym na ścianach wiszą obrazy, które mnie zachwycają. Posadzić pod oknami malwy. I, jak Dita, nosić na co dzień odświętne sukienki.

Emilia Dadan

czwartek, 7 lipca 2016

Patchwork


Każdy, kto kiedykolwiek szył, gotował, lub w jakikolwiek sposób zajmował się prowadzeniem domu, zna nieocenioną wartość strzępków i resztek. Z tego, co zostało po krawieckich przeróbkach robi się poszewki na poduszki, patchworkowe kołderki albo skarpetki dla jamnika na jesień. Można też zmajstrować koci pałac z kartonu po drukarce, pudełek po butach i rolek toaletowych. Albo zrobić słynną pomidorową z rosołu z wczoraj :) A ze strzępków marzeń, pomysłów i przypadków - stworzyć wyjątkowy obraz.
Łącząc pozornie niepasujące elementy, Lusia stworzyła całość smaczną (jak pomidorowa) i miłą dla oka (jak koci domek). Porównania nie są przypadkowe. Patchwork natychmiast przywołuje skojarzenia z domem. Z krainą rodzinnego ciepła i małych radości. A także z filozofią dawania nowego życia przedmiotom i wykorzystywania ich ponownie, zamiast wyrzucać zepsute i kupować nowe. W czasach nadprodukcji i marnotrawstwa takie podejście staje się coraz bardziej modne. I dobrze.
Mariola wykorzystuje strzępki kształtów i kolorów, motywy znane z innych prac (plamy imitujące taflę lodu, klimtowskie wzorki, floralne dekoracje) i zróżnicowane techniki nakładania farby. Efekt końcowy jest niezwykle dynamiczny i orzeźwiający. Stanowi fascynujące połączenie ekspresji i wyobraźni. Doskonale wpisuje się w założenia współczesnego designu. Sprawdzi się w nowoczesnym wnętrzu, nadając mu jednocześnie bardziej intymny, domowy charakter. 

Emilia Dadan 

środa, 6 lipca 2016

Bramy Światów

"Bramy Światów", olej na płótnie

            Przybyła do mojej pracowni niezwykle wrażliwa, zakochana w malarstwie; subtelnie z ogromną miłością rozprawiająca o swojej fascynacji sztuką. Zauroczyła tą niezwykłą melomankę sztuki moja malarska twórczość. Zaprojektowała z ogromną dozą smaku i dobrego gustu proste w duchu wszechkrólującego i ponadczasowego minimalizmu wnętrza swojego domu i chciałaby, aby pojawił się w tym wnętrzu obraz niebanalny, delikatny, ale mający moc opowieści; nieprzedstawiający, ale dający „do myślenia”; „minimalistyczny”, ale niepozbawiony detali; pozwalający fantazji widza rozwijać skrzydła wyobraźni; monochromatyczny w bardzo stonowanych barwach, ale jednocześnie tworzący złudzenie głębi; pasujący do wystroju wnętrza, ale pełniącego delikatną i poetycką w nim dominantę, dodającą smaku, niepowtarzalności, korespondującego z duszami właścicieli wnętrza.
           
            Zadanie trudne, ale ja bardzo lubię wyzwania. I tak powstał obraz pod niebanalnym tytułem, który nasunął mi się w chwili, kiedy Pani Joanna spytała o tytuł obrazu wcześniej wyrażając swoje zadowolenie i satysfakcję z powstałego dzieła. Przed spotkaniem z przyszłą właścicielką mówiłam o nim „minimalistyczny”, sugerując się wnętrzem, w którym zawiśnie.

            Bramy Światów…
Któż z nas nie myśli o sensie istnienia, o zadziwiającym każdego dnia życiu, o śmierci, o krainach, które odwiedzamy w snach, w fantazjach, podróżach astralnych…
W „Bramach Światów” mamy okazję do puszczenia wodzy wyobraźni. Niektórzy będą dopatrywać się w nich niedostępnych przestrzeni, przerośniętych splątanymi liniami, nieśmiało pnących się roślin, które splątują się tworząc przedziwne, delikatne konstrukcje. A gigantyczne szklane płaszczyzny wpuszczają widza do następujących po sobie, przepełnionych spokojem, ciszą przestrzeni światów, a jednocześnie wiemy, że światy te żyją. Gdzieniegdzie pojawiają się ostrzejsze kontury, przez co do obrazu wkradła się odrobina dramatyzmu. Jednocześnie mocniejsze barwy pomogły wydobyć głębię. Obraz utrzymany w łagodnych szarościach, choć delikatnie przełamany nutką subtelnych, spokojnych beży. Miałam ogromną przyjemność i lekkość pracy przy tym obrazie i delikatne subtelne przestrzenie oczarowały mnie. Szczególnie, że powstał drugi bardzo podobny obraz; często maluję dwa obrazy do wyboru, gdy ktoś zamawia obraz i tak naprawdę nie wiadomo, co powstanie. Więc żeby sprostać wyobrażeniom klienta i żeby nie „umrzeć ze stresu”, (bo bardzo stresuję się malując obraz na „zamówienie”) pragnę wtedy, żeby przyszły właściciel obrazu był naprawdę zadowolony z efektu końcowego jego marzeń i mojej realizacji.

            Często jest tak, że pierwszy obraz jest bardziej „wymęczony”, ponieważ tworzę sobie jakieś własne ograniczenia…, że tego koloru nie mogę użyć…, że to na pewno będzie za kontrastowe itp. Natomiast druga propozycja jest malowana bez ograniczeń, jest takim moim „szaleństwem” na ten sam temat. Tak było i w tym przypadku. I sprawdziła się po raz kolejny moja zasada…, że im więcej mam swobody i radości tworzenia, tym lepszy obraz powstanie. Kolory wtedy są czyste, obraz posiada głębie i bije od niego „pozytywna energia” zawarta i zapisana w pociągnięciach pędzla, bądź ruchu szpachelki. I to dziwne, ale taki obraz do końca swego istnienia wypromieniowuje tą dobrą energię, sprawiając radość patrzącym. 

Detale obrazu