wtorek, 21 lutego 2017

Jedno oko na Marko (2)

Tajemnicza - link do pracy znajdziecie tutaj

Kolejnym miastem, które odwiedziłam była Casablanca. Każdy chyba już wie, że film Casablanca ma tyle wspólnego z Marokiem, co nic. Pewnego dnia w Rabacie stwierdziłam, że spróbuje pojechać do Casa autostopem. Chłopaki wytłumaczyli mi którym autobusem można dojechać na wyjazdówkę, miły Pan z autobusu widząc karton z napisem „Casablanca” i wiedząc, że to już teraz trzeba wysiadać nie umiejąc powiedzieć po angielsku tego, krzyknął tylko „CASABLANCA” i wysiadłam. Długo czekać nie musiałam, bo od razu zatrzymała się dziewczyna jadąca do mojego miejsca przeznaczenia. Po dowiedzeniu się skąd jestem, czemu Maroko i kim w ogóle jestem, zostałam zaproszona przez Nią na obiad do jej domu.
Jeśli chodzi o samo miasto. To było moje największe rozczarowanie. Ojej. Po obiedzie w domu Sary i jej rodziny poszłam odkrywać miasto. Największe miasto w Maroko, gdzie ekskluzywne domy łączą się ze slumsami. Od razu wiedziałam, że to nie jest bezpieczne miasto dla samotnej podróżującej dziewczyny. Kiedy przyjechałam na miejsce, to otworzono pierwszą linię metra, także panował olbrzymi chaos przy biletomacie. Coś okropnego. W głowie miałam tylko to, że jeszcze brakuje, ażeby ktoś mnie okradł z telefonu, pieniędzy i dokumentów. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Ale nie obyło się od chamskich podrywów czy gwizdania w moim kierunku. Im dłużej spóźniał się mój Host, tym coraz większa grupka mężczyzn zaczynała mnie otaczać, niby nie zagadując, niby tylko przechodzili, by stanąć w bezpiecznej odległości i mnie obserwując. Telefon miał coraz słabszą baterię, a we mnie adrenalina wzrastała. Już w głowie kotłowały się chore myśli, że już po mnie. Jednak nie minęło 10 minut, kiedy przyszedł mój Host Mohamed w miejsce, gdzie się umówiliśmy i mnie zgarnął od tej hordy napaleńców.

Zaprowadził mnie do swojego apartamentu w którym mieszkał ze swoimi współlokatorami. Zjedliśmy wspólnie żarełko i przez cały wieczór graliśmy w monopol przy akompaniamencie gitary, na której grał jeden z nich.  Następnego dnia Mohamed dał mi klucze do mieszkania i prosił mnie, żebym się nie zgubiła, bo będzie w pracy do 18 i nie będzie mógł wyjść z niej wcześniej. Przyrzekłam mu, że będę ostrożna.

Meczet Hassana II
  Symbolem miasta jest olbrzymi meczet Hassana II. Jego minaret jest najwyższą sakralną budowlą na świecie. Jego budowę rozpoczęto w 1986 roku jako spełnienie woli króla Hasana II, wyrażonej w dniu jego urodzin. Świątynię ukończono jednak dopiero 30 sierpnia 1993 roku. Wznosi się ona na sztucznym nasypie ponad wodami Oceanu Atlantyckiego. Niekiedy otwierany jest też ogromny dach świątyni, aby wierni zgodnie z nauką Koranu mogli podziwiać boski ocean i nieboskłon. Dlatego chciałam zobaczyć tego kolosa. Wiecie co? Budowla robi naprawdę olbrzymie wrażenie. Jest MEGA. Piękny. Niesamowity i daje poczucie jak mały jest człowiek. Cały teren jest zaplanowany z dużą starannością o szczegóły. Budynek jest bardzo bogato zdobiony, wręcz z przepychem. Budzą podziw piękne, olbrzymie bramy. Całość tworzy niesamowity efekt wizualny.
Wydaje mi się, choć pewności zupełnie nie mam, że to właśnie jeden jedyny Meczet Hassana II oraz Mauzoleum Mohameda V jest otwarty dla innowierców i każdy może do niego wejść w Maroku (Większość meczetów na świecie jest jednak otwartych na zwiedzających). 
Muzułmanie uważają to za wyraz swojego pokojowego stosunku do reszty świata, jak również środek służący zachęcaniu innowierców do konwersji na islam). Oczywiście nie było żadnej wątpliwości, że skorzystam z okazji zwiedzenia. Obiekt jest olbrzymi wyściełany dywanami. 
W związku z tym zachodzi konieczność zdjęcia obuwia. Dostaje się specjalne torby plastikowe. 
Wnętrze robi wrażenie a co najważniejsze, można zobaczyć miejsca modlitwy ale również miejsca rytualnych ablucji (obmycia rąk przed modlitwą). To wyjątkowe miejsce. Przede wszystkim miejsce kultu religijnego, pełne spokoju a jednocześnie egzotyki dla ludzi innego wyznania. Będąc w Casablance nie można go pominąć.  Historia tego meczetu jest ciekawa, a jego architektura zarówno zewnętrzna, jak i wewnętrzna oraz wyposażenie wzbudzają zachwyt. Ciekawe są też łaźnie na niższym poziomie. Po prostu tego się nie da opisać. I nie da zawrzeć piękna w słowach. Tam trzeba pojechać. Mówiąc szczerze i bez ogródek warto pojechać do Casablanki może na jeden dzień, bo jedyną atrakcją, która jest warta tej wizyty jest właśnie ów Meczet. 





Meczet Hassana II

Agnieszka Goździk



Jeśli jesteś zainteresowany zakupem mojego obrazu zachęcam do odwiedzenia mojej strony internetowej tutaj. 

Dla czytelników mojego bloga oferuję 15% obniżkę ceny, z kodem rabatowym "Feeria", dla obrazu który znajdziecie tutaj, a jego zdjęcia zamieszczam poniżej:

Feeria, 50x70 (cm), olej na płótnie


Feeria


Wizualizacja
Abstrakcje wprowadzają nas w zaczarowany, nieokreślony, niczym nieograniczony świat fantazji artysty. Patrząc na abstrakcję na chwilę zapominamy o trudach dnia codziennego. Próbujemy wniknąć w umysł artysty wyobrażając, analizując kompozycje, barwy i dopatrujemy się drugiego dna.
Cena obrazu regularna to 600 zł (150 USD), wysyłka na terenie Polski gratis, natomiast za granicę w zależności od kraju od 20 do 65 USD. Cena po rabacie to: 510 zł (128 USD).

środa, 15 lutego 2017

Dopóki to nie przydarzy się tobie...

Mariola Świgulska, "Zwielokrotnienie"
Lusia ma odwagę pisać o trudnych emocjach. Opowiadać o swojej bezsenności, epizodach depresji, problemach z odżywianiem... Ta odwaga jest wyjątkową sprawą, bo chociaż coraz więcej wiemy (i mówimy) o zaburzeniach snu, nastroju czy żywienia, to wciąż "nie wypada" się do nich przyznawać. Im bardziej człowiek jest wrażliwy, tym bardziej narażony na tego rodzaju kłopoty. I tym dotkliwiej znosi idiotyczne tendencje do bagatelizowania tematu, a nawet zaprzeczania jego istnieniu.
Wiecie, co mam na myśli? Wygadywanie bzdur o tym, że depresja nie istnieje - że ktoś po prostu "ma za dobrze", "przewraca mu się w dupie", "powinien wziąć się w garść i do roboty". Że anoreksja to "próżność", a bulimia - "chodzenie na łatwiznę". I że "jeśli nie możesz spać, to pewnie po prostu nie jesteś zmęczony, bo nie potrafisz właściwie zorganizować sobie czasu". 
Twierdzenie, że depresja czy bezsenność jest "wymówką" od pracy (i pracy nad sobą) to też jedna z najpopularniejszych i najbardziej krzywdzących opinii. Ale akurat Mariola ze swoimi skłonnościami do pracoholizmu, niezwykłą płodnością twórczą i wielogodzinnymi maratonami malarskimi jest żywym zaprzeczeniem tej tezy. 
Najgorsze, kiedy tego rodzaju mądrości puszczają w obieg popularni "coache" i "guru motywacji", pokroju Mateusza Grzesiaka i jemu podobnych. Faceci, którym przecież wielu ludzi ufa! Strasznie mnie to uruchamia i strasznie dziwi. Dlaczego ktoś próbuje przekonać cierpiącego człowieka, że sam jest sobie winien? Albo, że nic mu nie jest? To ma pomóc? 
Mam wrażenie, że żyjemy w czasach, gdzie efektywność, wielozadaniowość i "rozwój osobisty", zastąpiły duchowość, empatię i poszukiwanie równowagi. 
Przy okazji to popieprzone, że najbardziej kompetentne w kwestii zaburzeń psychicznych czują się osoby, które nigdy ich nie doświadczyły (ani, oczywiście, nie studiowały medycyny). Którym się poszczęściło, które nie zachorowały, które może mają silną konstrukcję psychiczną, a może uniknęły kilku życiowych dramatów, wychowały się w fajnym domu, dostały dużo wsparcia. Takie osoby czują się w obowiązku podważać cierpienie innych. 
Znacie analogiczne przykłady z telewizji? Bogaty biały polityk, wyśmiewa problemy czarnych/kobiet/biednych. Bo jemu się nie przytrafiły.
Zaburzenia psychiczne, funkcjonują tak samo, jak wszystkie inne przewlekłe problemy zdrowotne. Jak astma, jak cukrzyca (tych - o dziwo - nikt nie próbuje podważać). Musisz o siebie dbać, zwracać uwagę na ruch i dietę, znaleźć się pod opieką lekarza specjalisty, być może brać leki. Szukać stabilizacji, otrzymywać wsparcie. Ignorować szybkie i "cudowne" rozwiązania, "niezawodne" metody leczenia, pseudo-coachy, czary-mary i baby z lasu. Zaakceptować chorobę i fakt, że czasem będzie bardzo ciężko.
A jeśli jesteś zdrowy i masz się dobrze - pamiętaj, że to nie musi trwać wiecznie. Że choroba i nieszczęście może spaść na każdego. I że dopóki to nie przydarzy się tobie - nie masz prawa podważać czyjegoś cierpienia ani słowem. 


Mariola Świgulska, "Czarne drzewo"

 
Emilia Dadan

Uchwycone w czasie 80x120 (cm) akryl
Pędzące myśli, 80x120 (cm) akryl
Rozbudzenie jaźni, 100x120 (cm), akryl, technika własna,
Szare komórki, 100x120 (cm), akryl, technika własna
  
Atomistyczna przestrzeń, 80x120 (cm), akryl
Reminiscencje, 70x70 (cm) akryl, płótno

 
Chromoterapia, 80x120 (cm), technika własna
Nadzwyczajne dni, 70x70 (cm), akryl
 
Reminiscencje Beksińskiego, 120x80 Akryl na płótnie

Zew, 120X80 akryl na płótnie
Drzewo życia, 120x65 (cm), olej, akryl, płótno

Iluzja światów równoległych, 160x80 (cm), olej, płótno
 
Trzeba czas oszukać, 120x65 (cm), olej i akryl
Zbliżenie z cyklu Zauroczona Dmuchawcami, 70x100 (cm), olej

Sen o dmuchawcach z cyklu Zauroczona Dmuchawcami, 100x120 (cm), akryl       


Jeśli jesteś zainteresowany zakupem mojego obrazu zachęcam do odwiedzenia mojej strony internetowej tutaj. 
Dla czytelników mojego bloga oferuję 15% obniżkę ceny, z kodem rabatowym "Drzewo życia", dla obrazu który znajdziecie tutaj, a jego zdjęcia zamieszczam poniżej:


Wizualizacja
Drzewo życia, OLEJ 30x60 (cm) 

Jedno z moich ulubionych drzew jakie dotychczas namalowałam. Mimo czarno - białych barw napełnia optymizmem ukazując piękno, siłę i niezniszczalność przyrody. Cena obrazu regularna to 900 zł (225 USD), wysyłka na terenie Polski gratis, natomiast za granicę w zależności od kraju od 20 do 65 USD. Cena po rabacie to: 765 zł (191 USD).
 

Zainteresowanych zapraszam do kontaktu mailowego: mariola.swigulska@wp.pl obraz zostanie dostarczony za pośrednictwem kuriera maksymalnie w ciągu dwóch tygodni :)


poniedziałek, 13 lutego 2017

Prestiżowy ranking - Maffashion najbardziej wpływową blogerką!


Źródło: http://plejada.pl/newsy/maffashion-najbardziej-wplywowa-blogerka-swiata-ranking-wwd/43m3cy

Miło  mi pogratulować jednej z najbardziej znanych polskich blogerek modowych Julii Kuczyńskiej autorki bloga Maffashion.

„Polska blogosfera, a przynajmniej jedna blogerka ma co świętować. Julia Kuczyńska znana jako Maffashion może zamknąć usta wszystkim hejterom, którzy twierdzą, że jej praca jest jest nieistotna i że polskie szafiarki są gorsze od tych z zagranicy.  Blogerka została wyróżniona pierwszym miejscem w rankingu WWD.COM. Kryterium rankingu, w którym na pierwszym miejscu pojawiła się Maffashion, była nie popularność, czyli np. liczba obserwujących, subskrybentów czy polubień, ale wartość przychodu, który dzięki gwiazdom internetowym udało się wygenerować markom. Kuczyńska znalazła się na podium z wynikiem ponad 65 mln dolarów.” – źródło: spider’s  web.  (blog blisko technologii).

Źródło: https://maffashion.pl/

 Jestem bardzo dumna i szczęśliwa, że praca Julii Kuczyńskiej „Maffasshion” została doceniona.  Sama prowadzę bloga i wiem ile pracy i zaangażowania to pochłania. Co prawda głównie angażuje mnie malarstwo, ale „posty” same się nie tworzą. Jestem architektem i malarką a „moda” to dla mnie ogromna przyjemność. Uwielbiam oglądać stylizacje, uwielbiam kupować zupełnie „zbędne”  ciuszki, na które często tylko patrzę jak na „dzieła sztuki” nie mając możliwości zbyt częstego ich zakładania.

Źródło: https://maffashion.pl/

… i wiem, że to próżność… Bo jest tak wiele „istotnych” ważnych zadań na tej planecie, którym można by było się poświęcić… Ale od zarania dziejów ludzie poszukują przyjemności… A „ciuchy”, „fajne ciuchy” na pewno ją dają. 

Źródło: https://maffashion.pl/

Z wielką przyjemnością obejrzałam kilka wywiadów z Julią Kuczyńską i jestem oczarowana szczerością i autentycznością, i normalnością tej przemiłej, uroczej i pięknej dziewczyny. 
Ponieważ kocham zwierzątka - obecnie posiadam 2 piękne szlachetnie urodzone kundelki i 5 kotów szlachetnie urodzonych śmietnikowców, więc najbardziej ujęła mnie szlachetna i bohaterska postawa małej Julii Kuczyńskiej - o czym opowiada w wywiadzie 20m2 prowadzonego przez Łukasza Jakóbiaka z dnia 10 lipca 2016... Jak dzielnie "dowaliła" w zęby swoim niedorozwiniętym koleżkom, którzy maltretowali żabki, wybijając jednemu z nich dwie jedynki.
Uwielbiam małą bohaterską Julkę. Trzymam kciuki za jej sukcesy, mam nadzieję, że jeszcze nie raz "zawalczy" o prawa zwierząt.

 
Źródło: https://maffashion.pl/
Źródło: https://maffashion.pl/


Jej reakcja na to, że jest na pierwszym miejscu w rankingu  WWD.COM, jeszcze bardziej sprawiła, że moja sympatia do tej młodej blogerki jest jeszcze większa niż do tej pory. 

"Co za dzień! Co za miesiąc! Ciągle nie wierzę, że takie rzeczy się dzieją. TA informacja jest jakimś szokiem nie do opisania! To chyba jedno z najważniejszych wyróżnień, sukcesów jakie go tej pory mi się przytrafiły! Jedno wielkie WOW !!!" ( źródło: instagram//maffashion_official)


Źródło: https://maffashion.pl/

Zachęcona sukcesem polskiej blogerki, chciałabym podzielić się z Wami zdjęciami z mojej sesji zdjęciowej w sukience Zary, zrealizowanej na Maderze w Camara de Lobos. Autorem zdjęć jest Vanessa Eslain Świgulska.

Madera, autor zdjęć: Vanessa Eslain Świgulska
















sobota, 11 lutego 2017

Jedno oko na Maroko (1)

Kiedy z początkiem listopada w moim sercu zapanował chłód i oziębłość w kontaktach z innymi ludźmi, a w głośnikach zamiast przaśnych, wesołych pioseneczek nastały smutne, mroczne teksty Joni Mitchell – jedyne co poprawia mi nastrój i jest niczym światełkiem nadziei, że za trzy miesiące znowu słońce zaświeci a ja zrzucę kurtkę zimową – są wspomnienia z podróży do Maroka. Chciałabym raz jeszcze mieć jedyny problem, jakim jest waga plecaka…

Moja historia zaczyna się pod koniec stycznia ubiegłego roku, kiedy rozpoczęła się moja pierwsza samotna podróż do Afryki, do Maroka. Największym katalizatorem, który spowodował taką a nie inną decyzję była książka „Dom w Fezie”, opowiadająca o dwójce Australijczyków,  którzy zakochali się w malowniczych, krętych uliczkach tytułowego miasta i zdecydowali się rzucić wszystko i kupić ów dom.  Postanowiłam sprawdzić czy Fez ale również inne miasta są faktycznie tak urokliwymi, że można rzucić wszystko i zacząć swoje życie na nowo tym razem w Maroku.

Dziś na pierwszy plan wysuwam stolicę Maroka-Rabat.  Pojechałam tam po kilkudniowej wizycie w Fezie.Po trzy godzinnej wyprawie czystym, zadbanym pociągiem, który nie miał żadnego opóźnienia wysiadłam na dworcu Rabat Ville. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to czystość, o którą ciężko było w Fezie. Ale również zauważyć można, że jest mało turystów i tak jak w Fezie byłam chodzącymi eurosami dlatego nie opuszczałam Mohsina ( mojego hosta)  na krok, tak w Rabacie stałam się niewidzialna, nikt do mnie nie podchodził, nikt nie chciał mi nic sprzedać.  No raj! Mogłam na spokojnie chodzić sobie po uliczkach nie myśląc o tym, że za chwilę będzie mnie otaczać grono nachalnych wielbicieli.


Bracia u których nocowałam pracowali w ciągu dnia, także nie mogli ze mną spędzić tyle czasu, ile by chcieli, ale nie przeszkadzało mi to zupełnie, ponieważ wieczorami razem z ich znajomymi wychodziliśmy na miasto, by coś zjeść.  To było również było jednym z powodów, że mój pobyt w Rabacie nieco się przedłużył.  Już pierwszego wieczoru wszyscyśmy poszli do kafejki na powitalny posiłek.

Miałam swój pokoik, ale i tak większość czasu spędzałam na zewnątrz (kiedy w Polsce była jeszcze minusowa temperatura – ja mogłam rozkoszować się ponad 20 stopniową pogodą), gdzie mogłam sobie chodzić sama czy to po Medynie czy zapuszczać się w inne rejony miasta, ponieważ w stolicy stałam się częścią miasta.Każdego dnia wstawałam wcześnie rano, szłam do sklepiku, gdzie kupowałam sobie śniadanie i szłam by szamać je na promenadzie przy Oceanie Atlantyckim, obserwując przy tym spacerujących ludzi. Wydaje mi się, że to był taki mój codzienny rytuał.






Ale być w Rabacie i nie zobaczyć wieży Hassana, to jak być w Watykanie i nie zobaczyć papieża. Poważnie. Jest to najbardziej znany zabytek w stolicy Maroka. Jest widoczny z każdego krańca miasta, także nie można się zgubić w mieście. Przynajmniej zawsze się starałam iść w stronę wielkiego minaretu, kiedy nie byłam pewna gdzie jestem. Z tego co wiem, miał być to jeden z największych meczetów na świecie, ale wraz ze śmiercią sułtana zaniechano budowli i teraz jest jedynie symbolem miasta. 




Naprzeciwko od wieży Hassana znajduje się Mauzoleum Muhammeda V przy każdym wejściu stoi wartownik odziany w tradycyjny strój. Owe mauzoleum jest miejscem spoczynku zmarłego sułtana Muhammada V i jego dwóch synów Hassana II i Mulaja Abdullaha. Co prawda do głównego pomieszczenia, gdzie znajduje się grobowiec Muhammeda wejść nie można, jednak można to wszystko zobaczyć z galerii widokowej. Sam wygląd mauzoleum jest w kształcie kaplicy z zielonym dachem, który symbolizuje Islam. 




Zwiedziwszy Mauzoleum, warto udać się deptakiem wzdłuż rzeki Wadi Bu Rakrak, gdzie można „podziwiać” charakterystyczne niebieskie łódeczki za pośrednictwem których można przepłynąć na drugą stronę do Rabat Sale, miastecka, które przez kilkaset lat należało do piratów, ale również liczne statki, które zamienione są w restauracyjki. Maszerując deptakiem możemy dotrzeć do kasby Al Udaja, czyli fortecy, której głównej zadaniem była obrona miasta. Do kasby można wejść dwoma bramami, jedną położoną niżej i wielką widoczną u szczytu schodów. Ja wybrałam tą większą. Po wejściu na prawo było wejście do Ogrodów Andaluzyjskich. Coś pięknego. Może nie ma tu dużo rzeczy do zwiedzania, aczkolwiek warto kupić sobie jakąś słodycz i spocząć na ławeczce i posłuchać świergotu ptaków. 





Sama Kazba al-Udaja to dwunastowieczna cytadela wybudowana około 1150 roku w Rabacie, dziś stolicy Maroka, przez dynastię Almohadów. Kazba znajduje się na wzgórzu. Jest to plątanina uliczek i zaułków z przyjemną biało-niebieską zabudową. Myślę, że warto ponieść się i pospacerować uliczkami, nie zgubimy się, a  trafimy do kawiarenki z widokiem na ocean albo na taras z którego rozciąga się widok na ujście rzeki  i położoną na jej drugim brzegu miejscowość Salé.











Agnieszka Goździk