poniedziałek, 27 marca 2017

Jedno oko na Maroko (4)

Zaledwie 160 km na południe od Agadiru, znajduje się według mnie prawdziwa przyrodnicza perła Maroka - Legzira. Legzira, która od niedawna szczyciła się dwoma ogromnymi monumentalnymi łukami z czerwonego piaskowca, które są obmywane oceanicznymi przybojami dzielącymi plażę na pomniejsze części, dostępnymi dla spacerowiczów tylko podczas odpływów. Niestety kilka miesięcy temu, pod wpływem erozji jeden z łuków runął - pozostawiając po sobie kupę gruzowiska.
Dużo czytałam na blogach podróżniczych o tej plaży, więc tak jak z miastem Fez - chciałam sprawdzić czy naprawdę jest tak zapierająca dech w piersiach! Jedynym sposobem by się tam dostać było użycie autostopu. 
Nie było z tym drugim żadnego problemu, tak jak w przypadku podróży do Agadiru - zatrzymał się kierowca tira jadącego do samego miasta, tak z Agadiru to była kwestia czasu kiedy dotrę na miejsce.  Sam Agadir - jest przereklamowany, bardzo dużo turystów, samo miasto nie zachwyca, bo chce być za wszelką cenę europejskim kurortem. Czekając na kolejną podwózkę na trasie do Sidi Ifni poznałam chłopaka o imieniu Ismail, który również podróżował w taki sam sposób jak ja. Zgadaliśmy się i razem ruszyliśmy w podróż za jeden uśmiech. Ja zatrzymywałam samochody, a Ismail zagadywał kierowców. 
Do samej Legziry dojechaliśmy wprost na zachód słońca.
To było coś niesamowitego, ale również romantycznego. 





W momencie kiedy zaszło słońce i temperatura diametralnie w dół i zaczęło być zimno, ciemna i do domu daleko. Stwierdziliśmy, że jesteśmy w czarnej dupie. Spanie na plaży od samego początku było poronionym pomysłem. Dlatego poszliśmy do Ibrahima, właściciela hostelu prosząc go o pomoc.  Wymyśliliśmy durną historię o tym, że jesteśmy małżeństwem i nas okradziono z dokumentów i pieniędzy.  Dobry człowiek z tego Brahima, ponieważ zlitował się nad nami i dał nam kolację oraz otrzymaliśmy własny pokój, gdzie mieliśmy łazienkę i wszystkie inne wygody. 
Szczerze mówiąc miałam wyrzuty sumienia, za to, że oszukaliśmy tego typa, który okazał się osobą bezinteresowną i na tyle uczynną, że pomógł nam z dobroci serca i własnej nieprzymuszonej woli. 


wtorek, 7 marca 2017

Jedno oko na Maroko (3)

Symfonia barw, olej i akryl, płótno, 90x160 (cm)


Nadszedł czas na miasto królewskie - Fez.
Do końca nie byłam pewna czy się spotkam z moim hostem na dworcu czy to będzie dla mnie chrzest i sama będę musiała sobie poradzić i dojechać pod wskazany adres. Jednak jakie było moje zaskoczenie, kiedy wychodząc z dworca zobaczyłam wielki transparent z moim imieniem, który trzymała grupka chłopaków w moim wieku. Z jednej strony ucieszyłam się, że nie muszę szukać po nocy jakiegoś autobusu czy taksówki, ale z drugiej strony byłam lekko przerażona. 

Przywitali się ze mną, pomogli wziąć moje rzeczy i wsiedliśmy do auta jednego z nich. Chłopcy okazali się bardzo serdeczni, pytali się o moją rodzinę, o wszystko. Byłam bardzo mile zaskoczona. Niedaleko domku Mohsina (mojego hosta) była kawiarenka, poszliśmy tam na herbatkę. Tematy rozmów były przeróżne. 
Uczuciowe zawirowania, akryl, płótno, 120x80 (cm), 2016


W momencie gdy mój host dostał SMSa od swojej Mamy, że jego rodzina już jest gotowa, by przyjąć gościa z Polski, bardzo się stresowałam, jak to będzie – bo  bariera językowa, że się nie dogadamy i  w ogóle...

Idąc spacerkiem po uliczkach Fez i wdychając afrykański wiatr, zauważyłam w jakimś budynku imprezę. Okazało się, że ktoś sobie urządził wesele. Niewiele myśląc stanęłam na brzegu chodnika obserwując parę młodych. Mohsin mówił, żebym nie robiła wsi i żebyśmy szli, bo rodzice na nas czekają, ale niestety albo stety, to było silniejsze ode mnie. 

Para młodych oraz weselnicy ujrzeli mnie i zaprosili nas na imprezę. Mimochodem stałam się uczestnikiem wesela. Mohsin stał się tłumaczem pomiędzy mną a parą młodą. Ze względu na to, ze się spieszyliśmy, byłam w stanie zobaczyć tylko dwie sukienki Panny Młodej, które były olśniewające! (Z tego co czytałam, to taki tradycyjny ślub marokański może trwać do 4 dni, a Panna Młoda zmienia swoje kreacje do siedmiu razy). Byłam pod wielkim wrażeniem tego, ze impreza na której  miałam szansę być odbywała się w wielkiej willi i było milion ludzi.

W momencie kiedy weszłam do ich mieszkania, pierwszą Osobą, którą poznałam był  Jego Ojciec Mohamed, który przedstawił mi każdego z członków rodziny.  Po kurtuazyjnych rozmowach jak minęła podróż bla bla bla przeprowadzonych z braćmi Mohsina.. Mama zaprosiła nas na SWOISTĄ ucztę! To było coś niesamowitego, kobieta naprawdę się bardzo napracowała… 
Puzzle uczuć, 120x100 (cm), akryl, szlagmetal, płótno, 2017

Przed ucztą Mohamed odmówił modlitwę w której dziękował Allahowi za to, że kolejny posiłek może jeść razem ze swoją rodziną oraz za to, że przysłał mnie do Ich domu.  Po zakończonej modlitwie - mogliśmy zacząć jeść.   Jako najstarszy z rodu łamał i rozdawał chleb, który zastępował sztućce. (Należy oderwać kawałek chleba i nabrać przy jego pomocy składniki dania. Sztućce podaje się jedynie turystom.  Mnie potraktowano jak  członka rodziny, także miałam lekko utrudnione zadanie, ale poradziłam sobie i od pierwszego dnia  do końca pobytu jadłam przygotowane jedzenie palcami). Taki chleb jest wszechobecny w marokańskiej kuchni - Marokańczycy nie wyobrażają sobie posiłku bez chleba i również tażin zawsze jedzą w jego towarzystwie. 

Musiałam koniecznie spróbować hariry – zupy z ciecierzycą i soczewicą, której bazą oczywiście jest kawałek mięsa (po takiej porcji już byłam pełna, a to był dopiero początek), następnie na stół wjechał pieczony kurak z kuskusem, kolejne dania to tajin, o którym później więcej opowiem, a na koniec były świeże owoce oraz marokańskie, mega słodkie słodycze. Oczywiście nie zabrakło marokańskiej herbaty i soku ze świeżo wyciskanych pomarańczy!
Serio, po tylu przysmakach nie miałam siły się podnieść. 

Po kolacji siostra Mohsina, zaprowadziła mnie do pokoju gościnnego, w którym wszystko było przygotowane do spania.

Nazajutrz czekało na mnie obfite śniadanie, po którym razem z Mohsinem i jego kolegami poszłam zwiedzać Fez.  Pierwsze nasze kroki były w stronę Mediny, czyli starego miasta.  Do wspomnianego starego miasta można przejść przez bramę miejską zwaną Bab Bu Dżelud, która jest bogato zdobiona z jednej strony niebieskimi mozaikami, a z drugiej strony zielonymi. A  wygląd bramy przypomina  dziurkę od klucza.  Wkraczając do starego miasta, to tak jakby cofnąć się kilka tysięcy lat wstecz.  Zewsząd słychać arabskie okrzyki przywołujące mnie do skosztowania czy to marokańskich deserów czy też kupna torebki czy szalika!  

Puzzle uczuć, 120x100 (cm), akryl, szlagmetal, płótno, 2017


Moi towarzysze jednak byli nieugięci – więc ja również szłam dziarsko w ich grupie nie zważając na wołania handlarzy.  Muszę powiedzieć,  że ornamentyka islamska jest widoczna wszędzie, czy to na licznych ujęciach wody pitnej, czy również jeśli chodzi o zdobienia budynków. Wszystko to zachwyca oczy, tym bardziej mając na uwadze, że wszystkie zdobienia są wykonane ręcznie.

Chłopcy zabrali mnie do tej słynnej garbarni Szawara, gdzie większość turystów zmierza. Oczywiście idąc w jej stronę czuć można było niewyobrażalny smród. W pewnym momencie zastanawiałam się czy naprawdę chce tam iść.  Znajomy znajomego znajomego przywitał mnie łamaną angielszczyzną i zaprowadził na taras, gdzie z góry oglądaliśmy proces koloryzacji skór.  I szczerze mówiąc, nie rozumiem dlaczego jest to takie zachwycające turystów? Pomiędzy obdrapanymi budynkami są setki kadzi, które są połączone w coś, co wygląda jak plaster miodu.  W tych wielkich, głębokich kadziach gdzie są kolorowe barwniki są zanurzane skóry, które potem schną na słońcu.   Zrobiłam kilka zdjęć i chciałam już wracać, bo zgłodniałam, a zbliżał się powoli wieczór. 



Idąc krętymi, wąskimi uliczkami medyny trafiliśmy na restaurację, w której zamówiliśmy tażin. O tej potrawie już wspomniałam, że jadłam je w domu u Mohsina, ale teraz powiem trochę więcej. Tażin ma dwa znaczenia. Po pierwsze, oznacza gliniane naczynie, w którym przygotowuje się danie o tej samej nazwie. Jest to naczynie, które stożkowaty kształt i składa się z dwóch części – dolnej, na której leży potrawa, i górnej, którą przykrywa się jedzenie podczas gotowania. Po przygotowaniu danie podaje się bezpośrednio na dolnej części. Jemy więc niezwykle gorące, aromatyczne i wspaniale przyprawione jedzenie wprost z gorącej glinianej miski. Towarzyszy nam oczywiście przepyszna miętowa herbata i chleb.

Wracając do domu po zachodzie słońca natkniemy się na pałac królewski z ogrodami. Wszystko ma powierzchnię 80 ha. Niestety nam zwykłym śmiertelnikom wstęp jest zabroniony, także pozostaje nam tylko wyobraźnia jak może to wszystko wyglądać. Wstęp do pałacu to wielka imponująca złocona brama. Przed pałacem rozpościera się olbrzymi plac, a tuż obok zaczyna się mellah - dawna dzielnica żydowska, dzisiaj co prawda Żydów tu praktycznie nie ma, a pamiątką po nich jest jedynie synagoga i cmentarz Żydowski.
Nazajutrz  w dzień święty dla każdego Muzułmanina – czyli w piątek wszyscy poszliśmy na obiad do restauracji z widokiem na medinę, na bramę Bab Bu Dżelud oraz na Meczet Al-Karawijjin.