poniedziałek, 29 lutego 2016

Kookaborra Studio


Kookaborra taki mały, lecz niezwykle piękny australijski ptaszek. Natomiast Kookaburra Studio to niewielka, ale wyjątkowa galeria przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi. Nieco na uboczu, skryta w bramie, obok nastrojowej kawiarenki. 
Pani Renata Mosiołek tworzy to miejsce z pasją i troską. Dobiera artystów o różnorodnej wrażliwości, tworząc wyjątkowe, eklektyczne wnętrze. Galeria Kokaboora to miejsce bardzo kobiece, pełne koloru i wysmakowanych subtelności. Można ją zwiedzić osobiście lub przez internet. Niedawno, pośród wystawionych prac znalazły się też obrazy Marioli Świgulskiej, dlatego tym bardziej zapraszamy, by zajrzeć na Piotrkowską 35. Nie trzeba nic kupować :) Ale oczywiście można!

Kwiaty i kobiety

(...) Świat jest pełen cudowności 
Zachwycających każdego dnia...
Olśniewające kolory...
Zniewalające cudne
Zapachy kwiatów...
Misternie przeplatające się
Kształty listków
Kuszące pięknem...
JAK KOBIETY...
Staramy się oczarować świat
Każdego dnia (...)

Fragment poezji Marioli Świgulskiej Sennej



Przypomniałam sobie cudnie rozweselającą piosenkę, subtelnie nawiązującą do porównania kobiety z kwiatami:

 cover Zbigniewa Zamachowskiego i grupy MoCarta:

 Kobiety jak te kwiaty, kto żonaty ten wie
Powąchać tak, dotykać nie
Minęła pora godowa,
Teraz tylko boli głowa.

Kobiety jak te kwiaty, nie podniecaj się
Powąchać tak, dotykać nie
Gdy przyjdzie wiosna
Przyjmij ten cios na klatę,
Jeszcze gorzej będzie latem.

Piotr Bukartyk

piątek, 26 lutego 2016

Please help so incredible, amazing and beautiful dogs to have better lives

Please help so incredible, amazing and beautiful dogs to have better lives.
They are on the beach in Perivolia. It is small village, near the Larnaka. When we go from the centre of village to the beach, it is first way next to the bar. I don’t know which the dogs are. It’s possible that the owner of the dogs loves them and has not another possible to keep them. But the dogs’ lives in the small boxes which are doing with metal things.
They are a beautiful view on the see… but I think they are so lonely and so much needs human love. The dogs have a water and food (I saw the rest of dry food for a dog) and old bones.
It’s possible that the owner loves them. I don’t know. But the dogs are need too more space to be happy and owner must to do it. Please then somebody can do something good for the dogs. Please do it. I was last day on my vacation in Cyprus Larnaka and I can’t do anything. Only I gave my kebab and the beautiful, trusting, the full of hope eyes, was incredibly full of love. Sorry for my simple English.

 PLEASE HELP INCREDIBLE AND BEAUTIFUL DOGS!

This is a place where they live



The eyes full of hope
The dogs you will find on the firsd descent to the beach, near at the bar

Szukamy pomocy dla sześciu przepięknych piesków na Cyprze. Jeśli ktoś z czytelników tego bloga ma kogoś znajomego lub rodzinę mieszkającą na Cyprze i chciałby pomóc sześciu przecudnej urody psiakom, prosimy o pomoc.

Przedostatniego dnia mojego pobytu na Cyprze w Larnace postanowiłam pojechać do Perivoli. To było moje drugie podejście by tam dotrzeć, ponieważ za pierwszym razem źle odczytałam rozkład jazdy busików i posiedziałam na przystanku na próżno. Tym razem podjechał mały busik, kierowcą okazała się miła Pani i pojechaliśmy. Jak to niestety często bywa podczas mojego podróżowania, byłam jedynym pasażerem. Na chwilkę wsiadł tylko chłopiec, z czego bardzo się ucieszyłam. Zawsze wtedy przychodzi mi szalona myśl – czy przypadkiem kierowca nie jest jakimś psychopatą. Ale na szczęście Siły Wyższe opiekują się mną. Pani kierowca powiedziała, że nie wie, co się dzieje z pogoda na Cyprze, bo powinna być zima i pomiędzy 10 a 16 stopniami Celsjusza oraz powinno padać, a jest 27 stopni i piękne słońce. Byłam zdziwiona, ponieważ myślałam, że taka boska pogoda w lutym na całym Cyprze jest normą. Pani włączyła ckliwą, cypryjską muzykę i podśpiewywała sobie półgłosem. Trochę się wstydziłam powiedzieć, że może śpiewać głośno.  Podróż się dłużyła a ja byłam coraz bardziej załamana tym, gdzie się wybrałam… Okolice dość wyludniałe, wszędzie pusto i…. Brzydko… ojej…

W końcu Pani poinformowała mnie, że właśnie zaczyna się Perivolia i… jeszcze bardziej byłam przerażona, bo jakieś zabudowania wzdłuż morza i nic ciekawego, żadnego człowieka i dość brzydko. W głowie już planowałam czy nie wrócić z tą Panią od razu do Larnaki, ale trochę się wstydziłam. Pani wysadziła mnie na najbrzydszym dworcu autobusowym i takim trochę strasznym, bo był to jakby wygrodzony kawałek pola. Na szczęście Pani powiedziała, że busiki są, co pół godziny i że jest jeszcze jeden busik do Larnaki, i że tam (wskazała palcem) jest wieś Perivolia, i tam (wskazała szybko palcem) jest morze.

Wysiadłam z „duszą na ramieniu”, w poszukiwaniu „czegoś”… No i znalazłam wieś, ale nie jakąś „urokliwą”, raczej takie „przedmieście”. Na szczęście chwilę później zlokalizowałam „centrum” ojej, jaka ulga. Byli ludzie i nawet jakiś pub i kościółek. Obeszłam centrum w pół minuty i postanowiłam dotrzeć do morza. Myślałam, że będę musiała iść przez łąki i pola, ale jak pokrążyłam to znalazłam drogę wprost od „centrum” prowadzącą na plażę. Myślę, że około 15 minut spacerkiem jest pierwsze zejście do plaży, tuż przy jedynym (oprócz w centrum wsi) pubie…

Po drodze pustkowie tylko, jakichś dwóch „palantów” entuzjastycznie na mnie „gwizdało” z samochodu. I skręciłam na plażę, a tam (!!!) najcudowniejszej urody psiaki, uwięzione w jakichś metalowych kojcach, niedbale powiązanych drutami. „Ujadały” jak to zwykle psiaki, gdy ktoś nadchodzi. Podeszłam do klatek, są tam po dwie klatki, po trzy cudowne pieski, oddalone od siebie. Podzieliłam wszystkim sześciu, w miarę „po równo”, mojego kebaba, z którego zjadłam trzy małe kawałki mięsa, zresztą niezbyt smakowitego, jak zwykle w takich przypadkach „padałam z głodu”. Prawie po równo, bo jak to w grupie, mordka ciągle tego samego, przebojowego pochłaniała kawałki kebaba, więc musiałam się potrudzić, żeby nakarmić te „biedy” troszkę chudsze i mniejsze, i mniej przebojowe, słodkie „ciapy”. Sprawdziłam czy w misce była woda, więc była i było jej na szczęście sporo, i była porozsypywana karma dla psów, ale takie jakby niedojedzone resztki, i były tam kości do obgryzienia i już chyba mocno obgryzione. Przy „klatkach” stały butle duże z wodą i był porzucony worek po psiej karmie, więc myślę, że ktoś „w miarę możliwości” „dba” po swojemu o te pieski. Ale ich przecudne, pełne nadziei mordki, po otrzymaniu kawałka kebaba i pewne, że dostaną więcej, że dostaną „miłość”. Ja jestem szczęśliwą posiadaczką trzech cudnych „psich osobowości” (o których można pisać powieści) i dwóch przeuroczych kotów. Jeden z nich został potrącony przez kierowców, a właściwie to przejechany, bez nadziei na wyleczenie. Mowa tu o arystokratce, cudnej Bąbelinie. Drugi kot jest chyba śmietnikowego pochodzenia. Jest natomiast bardzo bohaterski, ponieważ sam uratował sobie życie, jako koci niemowlak (kiedyś opiszę, jaki był dzielny) – to kot o najbrzydszym imieniu nadanym przez Radka – Albercik.

Kocham zwierzaki, bo są częścią mojej rodziny i dają nam szczęście w każdej chwili naszego wspólnego istnienia. Dlatego proszę, jeśli ktoś z czytelników ma znajomych lub rodzinę na Cyprze, o pomoc. Może uda się nam znaleźć kochających opiekunów dla cudnej urody psiaków, a może wystarczy pomóc właścicielowi piesków. Ja roześlę wiadomość po organizacjach ochrony praw zwierząt, o ile uda mi się takie międzynarodowe znaleźć w Internecie.

Myślę, że najpiękniejsze, co nas spotyka na tej planecie to MIŁOŚĆ, nie zawsze łatwa, ale zawsze powalająca.


środa, 24 lutego 2016

"Sztuka jest dla każdego"



Z takiego założenia wychodzą twórcy internetowej galerii Prime Art. To młoda galeria promująca młodych twórców. Jej założyciele - Kamila i Andrzej, stawiają na różnorodność, dostępność i promocję on-line. Wspólnie prowadzą sklep internetowy primeart.pl i blog. Wybierają prace, o nieoczywistej i "charakternej" urodzie. Z tych bardziej #contemporary" i raczej #modern. 
Rozpoczynamy właśnie współpracę. Dzieła Lusi będą dostępne na stronie galerii, do kupienia lub wypożyczenia (Prime Art oferuje także wynajem dzieł sztuki), jeszcze ciepłe, prosto z pracowni. 
Dla twórców Prime Art, podobnie jak dla nas, sztuka stała się pracą i pasją. Zarażają zapałem i entuzjazmem. Stworzyli w sieci miejsce, gdzie każdy może znaleźć obraz na swoją kieszeń, swoją miarę i nad swoją sofę. Wśród propozycji znajdziemy barwny miks tematów, wzorów i niebanalnych połączeń, które wniosą do wnętrza zastrzyk nowej energii lub pomogą zaprowadzić harmonię.
Gorąco zapraszam na wizytę w galerii, bez wychodzenia z domu

sobota, 20 lutego 2016

Zupa z farby olejnej


Oblężenia internetu ciąg dalszy. Od dziś prace Lusi można znaleźć na zupie;  
O tutaj: http://mariolaswigulska.soup.io/
Zupa (Soup.io) jest wykwintna i dobrze skomponowana. Przyprawiona pięknymi zdjęciami z całego świata, cytatami i pracami utalentowanych grafików... No dobra, jest tam też trochę porno, ale to w końcu internet :) Wystarczy jednak dobrze dobrać "przyjaciół", aby na naszym koncie pojawiał się tylko interesujący nas kontent. Na przykład nowoczesny design. I słodkie kotki. Później można już scrollować bez końca. Wiem, bo sama spędziłam tak kilka (-dziesiąt) wieczorów, kiedy akurat nie miałam życia i siedziałam w domu :)
W zupie Lusi będzie dużo sztuki i dużo kotów. W końcu to one generują "klikalność i lajkowość" (co za udany neologizm!).
Więc jeśli lubicie koty... Wiecie co robić ;) 

Emilia Dadan

piątek, 19 lutego 2016

Przemiany


Pejzaże Marioli, dokładnie, jak żadne inne prace, odzwierciedlają jej emocje. Zawierają ładunek melancholii, ciężar burzowych nastrojów i wszystkie niewysłowione tęsknoty. Są także i takie, które niosą nadzieję; błękity, ukojenia i przebłyski słońca. 
Ponoć to "kobieta jest zmienna, jak pogoda". A kobiece nastroje same przychodzą i odchodzą, jak pory roku (zaskakując nie tylko kierowców). Wierzę jednak, że wszyscy, jako ludzie, odczuwamy podobnie. 
I że intuicyjnie kojarzymy uczucia ze zjawiskami przyrody.
Lusia to żywe srebro, niespokojna dusza, nie potrafi długo usiedzieć w jednym miejscu. Potrzebna jej przestrzeń, niebo kończące się na dalekim horyzoncie. 
Bliskość natury zbliża ją do własnych emocji. Zabiera ze sobą farby i maluje jedno miejsce po wielokroć. 
Na różne sposoby.

Emilia Dadan

czwartek, 18 lutego 2016

Kryształy, galaktyki i kryptonit


Lusia, zafascynowana jakimś tematem, tworzy cykle obrazów w zbliżonym stylu. 
Mamy więc seryjną produkcję dmuchawców, polskich maków i egzotycznych kobiet.
Są też kryształowe kosmosy.  Zacznijmy od nich.
Każdy artysta wypracowuje ulubione gesty, które wchodzą mu w nawyk. Mariola lubi wprowadzać do gotowego dzieła, elementy geometryczne. Na sam koniec, przekreślić całość jakąś zdecydowaną, diagonalną linią. Najlepiej przezroczystą. Albo dodać kuleczki, banieczki i okrągłe obłoczki. 
Tak właśnie narodził się cykl kosmosów.
Dynamicznie przenikające się kształty, na tle abstrakcji, przypominają nieco szkiełka z kalejdoskopu. Albo oszlifowane minerały. Albo kawałki kryptonitu z filmu sci-fi, fruwające luzem po międzygwiezdnych przestrzeniach.
Zawieszone w przestrzeni, przywodzą na myśl egzotyczną roślinność obcej planety. Łączą lekkość i delikatność ziemskich kwiatów, z przezroczystością i geometrią.
Kryształy zawsze są bowiem przejrzyste, patrząc przez ich pryzmat można złapać nową perspektywę. Przejrzeć chmury gwiezdnego pyłu na wskroś, na przestrzał. 
Zagłębić się w miękkie plamy przełamanych kolorów, subtelne, rozmyte kształty, wyobrażenia mgławic i galaktycznych spirali. 
Sztuka staje się eksploracją równoległych wszechświatów.



Emilia Dadan

poniedziałek, 15 lutego 2016

Co o Lusi myślą jej przyjaciele? Oto artykuł Moniki - wieloletniej przyjaciółki i współpracownicy

18 lat nie spałam, malowałam!

Wystawy, obrazy, Lazurowe Wybrzeże, mata na środku kuchni, będącej środkiem pracowni, kawa razy dziesięć, kwiaty, kwiaty, kwiaty. Mariola Świgulska to wulkan energii. Do niedawna uśpiony gdyż artystka nie spała przez ostatnich osiemnaście lat.

Dlaczego? Wynika to z jej wrażliwości. Odpowiedzi Marioli na to pytanie są dość enigmatyczne. Jednak pewne jest to, że pseudonim artystyczny - Lusia Seenna - etymologicznie pochodzi właśnie z permanentnego stanu niespania. Mariola sypia regularnie i snem zdrowym dopiero od dwóch lat – przeżywając właśnie drugą młodość. W otoczeniu młodych ludzi, czy w swoim ogrodzie Lusia gimnastykuje się i obmyśla plan podboju świata – lub choć jego części. Nieustannie pokazuje swoje prace malarskie – ostatnio Białystok, teraz Olsztyn i Poznań (na targach Festiwal Sztuki i Przedmiotów Artystycznych). Najnowsza wystawa ma mieć miejsce w mieście, w którym tworzy – Łodzi. Jej wrażliwość i otwartość jest niesamowita – zapewne też ze względu na pochodzenie – od najmłodszych lat mogła czerpać inspiracje z krajobrazów Doliny Narwi.

Ekscentryczka
Jadę po Lusię do Warszawy. Mróz. Mała osóbka zdąża w moją stronę, w puchowej kurtce i z bosymi stopami w japonkach. Ekscentryczne? Już nie. Uśmiecha się i od wejścia opowiada o przeżyciach, kolejnych pomysłach. W moich pierwszych rozmowach z Mariolą dużo dowiedziałam się o świadomym śnieniu, czy pozyskiwaniu dużych ilości energii, dzięki czemu można wyeliminować ze swojego życia, elementy, wydawałoby się niezbędne dla istnienia – sen czy odżywianie się. Artystka interesuje się tematyką ezoteryczną od momentu, w którym zaczęła tracić siły witalne – w ciągu tych wszystkich lat bez snu – aby móc je stale odzyskiwać, dla przyjemności tworzenia i dla „najwspanialszej istoty na świecie” – Vanessy Świgulskiej – córki.
Czy artyści zawsze są wrażliwi? Czy każdy artysta ma predyspozycje do samodestrukcji? Bulimia, anoreksja, czy stany depresyjne dotykają również Lusię. Spalona kasza na obiad. Za chwilę ćwiczenia na macie. Regeneracja, spadek, regeneracja, spadek. „Jestem trupolem Moniczko” po czym uśmiecha się szeroko, aby nie załamywać się swoją formą fizyczną i chwyta za pędzel. Wieczorem, w pracowni patrzę w prawo – na ogród. Znów obrazy, tym razem na plexi. Abstrakcje w ciężkich kolorach, które jednak oświetlane lampą (pomysł autorski) ocieplają przestrzeń. Już niedługo mam nadzieję zobaczyć ich więcej, pośród drzew.


Transy
O malowaniu mówi wiele. Przede wszystkim, że nie może bez niego żyć. Nie wyobraża sobie życia bez malowania: „wpadam w trans, maluję, aż padnę”. Przede wszystkim kwiaty, choć bywają też abstrakcje. W pracowni nie można się przecisnąć, ani wyjść stamtąd czystym. Farby są wszędzie. Lusia zabiera je w każde miejsce, do którego jedzie. Maluje dużo, bardzo dużo. Sporo osób już zakochało się w jej obrazach. Dla tych, którym ciężar cenowy przeszkadza w cieszeniu się dziełem, istnieje możliwość dosłownie odpracowania należności w ogródku mamy, lub spłacenia w ratach. Dlaczego Mariola to robi? „Obraz ma dawać radość, czerpię przyjemność z dawania szczęścia innym”. Jeśli osoba cieszy się, patrząc co dzień na jej obraz, to największe szczęście. Przy okazji nie ustaje w nawiązywaniu kontaktów, również zagranicą – z Francją, Anglią, czy Stanami Zjednoczonymi. Jej pomysłowość jest spora: „Dobrze byłoby umieścić te obrazy u Guggenheima”, kolejnym razem zestawia swoje dzieła z felgami samochodowymi w jakimś salonie dla zmotoryzowanych.
Lusia i Moniczka podczas sesji zdjęciowej
Książka
Skąd salony meblowe i samochodowe? Lusia Seenna maluje, gdyż nie potrafi bez tego żyć. Maluje tak jak czuje i widzi. Stale bada rynek wystawienniczy, aukcyjny, dekoratorski, czy czysto komercyjny, z każdego zakątka kraju. Niedługo ukaże się jej książka „18 lat nie spałam, malowałam!” i jak sama pisze: „To jest zupełnie niekonwencjonalna książka, bo jest moim tworem, a ja zupełnie nie jestem konwencjonalna! Uwielbiam np. zmywać podłogę, ale czasami zajmuje mi to dwa dni. Kiedyś tak spędziłam sylwestra i Nowy Rok. Z wiadrem brudnej wody i zanurzonym ręcznikiem nie pierwszej piękności wystającym z wiadra.” Oprócz tego dowiemy się jak wyglądało jej pełne przygód życie i zobaczymy dobrej jakości reprodukcje obrazów artystki.
 Lazurowe Wybrzeże chce podbić za dziesięć lat. „Oby szybciej!” – śmieje się. Takie jest jej największe marzenie.

Monika - przyjaciółka Lusi
Portret Moniczki, który wisi u Lusi w pracowni


Monika Latkowska

piątek, 12 lutego 2016

Marzenie o książce


 






















Planowanie nie jest domeną Lusi.
A już realizacja planów to zupełna abstrakcja.
Oczywiście w końcu wszystko układa się tak jak  być powinno, choć droga do tego zawsze jest zaskakująca. 
Może gdyby wszyscy chcieli czytać książki, a nie tylko je wydawać, to może i ten plan Lusi zostałby zrealizowany.

Ale co się odwlecze to nie uciecze :)

 A oto wstęp do planowanej książki:

"Przeżyłam największy koszmar mojego życia. 18 lat nie spałam, byłam jak żywy trup. Dziś uwielbiam życie. 
Tak powstawały moje piękne obrazy i projekty, i w takim stanie wychowywałam ukochaną córeczkę. Może moja historia pomoże Ci się uzdrowić. Wszystko jest w tym życiu możliwe. Tak wiele chcę przekazać światu, tak wiele ofiarować i czerpać szczęście garściami. Życie jest rewelacją. 
Jest tu trochę wszystkiego. Taki babski bałaganik. Trochę smutku, trochę wesołości, opowiadania z moich wypraw, zdjęcia moich obrazów, trochę o świadomym śnieniu. Warto przeczytać. 
Myślałam, że jestem przeklęta, że jestem opętana przez duchy. Van Gogh zyskał sławę na świecie, pomijając fakt, że malował piękne obrazy, ale taka jest prawda, że każdy z malarzy maluje pięknie, bo piękno jest niewymierne. Dla każdego człowieka jest czymś innym. Jest to zupełnie naturalne. Mnie osobiście podobają się wszystkie obrazy jakie kiedykolwiek widziałam. Ja piszę jak już się zorientowaliście zupełnie po mojemu. Czasami nie wiem o „czym ja to chciałam powiedzieć”, ale jest to zupełnie niekonwencjonalne." 

 























A która z okładek książki "18 lat nie spałam. Malowałam" podoba się Wam najbardziej? 
Czekam na opinie, a wkrótce umieszczę kolejne fragmenty książki.


Sandra Czarna

środa, 10 lutego 2016

Urok niedoskonałości


Starsze prace Lusi są perfekcyjne. 
Krawędzie idealnie wygładzone, rozproszone światło, brak konturów, doskonale zatarte linie i granice między surrealizmem, a jawą. Rzeczywistość utkana z mgły i marzeń sennych. To bardzo piękne obrazy. 
W tamtym okresie Lusia i jej mąż (także artysta) inspirowali się i wzajemnie oddziaływali na siebie. W tych "idealnych" pracach widać silny wpływ stylu malarskiego Radka.
Z czasem jednak Mariola poszła własną drogą. Odkryła malarstwo, które daje jej radość. Dalekie od dopracowywanej godzinami perfekcji. Bliskie jej własnej naturze i prawdzie. 
Kontur, faktura, przypadkowe chlapnięcia farby. Ekspresja, spontaniczność i swoboda wyrazu. 
Bo czy szlifując dokładnie każdą krawędź, nie zatracamy elementu autentyczności?    
Tak, jak modelki w reklamach - są pięknie oświetlone i umalowane, obrobione w Photoshopie. Idealne. Lubimy na nie patrzeć, a jednak z daleka czujemy fałsz.
Zakochujemy się w niedoskonałościach. W znamionach i w zmarszczkach. W osobach, pod makijażem.
Mariola zrobiła krok naprzód, przestając udowadniać, że potrafi namalować obraz bez skazy. 
Odrzuciła wszystko, co było zbędne, co hamowało jej temperament. 
Teraz widać wyraźny kontrast między tym, co dopracowane i tym, co puszczone swobodnie. Uwaga nadaje znaczenie. Widać ruch pędzla, subtelny modelunek twarzy, abstrakcyjne plamy. Zapis twórczego procesu, szkiców, warstw, zmian i przypadków.
Dwa obrazy, które ze sobą zestawiłam dzieli niemal 20 lat. Dzięki podobieństwu kolorystyki i tematu najłatwiej zauważyć progres w twórczości Marioli i przemianę, która w tym okresie zaszła w niej samej.  


Emilia Dadan

wtorek, 9 lutego 2016

Wspomnienia znad Bałtyku



Jestem nad polskim uroczym, fascynującym morzem w Międzyzdrojach i jest cudnie, ale myślę, że za parę chwil może już nie być tak cudnie. Na razie siedzę w cieniu, oparta o płotek plażowej knajpki i myślę, że za parę chwilek mojego zbawiennego cienia już nie będzie i odejdę. Nie lubię leżeć na słońcu, dla mnie to męka więc na wszystkich moich licznych wczasach zawsze poszukuję cienia inaczej wysycham jak roślinka. Miewam tu różne przygody, jak to nad polskim morzem: ulewy, silny wiatr, trochę słońca przedzierającego się zza chmur... Zachorowałam w ciągu 23 dni dwa razy, bo mnie przemoczyło i przewiało. I tak kocham bieganie i spacery niekończącym się, fascynującym wybrzeżem Bałtyku. Najbardziej lubię delikatną mgłę i spokojną pogodę, uwielbiam też pokonywać fale. Wyobrażam sobie wtedy, że dostałam od Boga taką ogromną, najcudowniejszą wannę i woda wokół szaleje, bąbelkuje, powala mnie. Między kolejnymi falami usiłuję popływać, więc są to cudne zmagania.


Skąd mamy znać takie proste „przepisy na życie” jeśli nikt nas tego nie nauczył. Tyle lat najpiękniejszych marnujemy w szkole na nauce zupełnie niepotrzebnych rzeczy, które zaśmiecają nam umysł, a nie uczą nas podstawowych prostych praw dzięki, którym moglibyśmy prawić, że życie będzie piękniejsze i radośniejsze a dla co niektórych cierpiących na straszne choroby znośniejsze do przeżycia. Sama przeżyłam dużo z tych złych rzeczy, które mogą przytrafić się nam na tym świecie i wiem jak bardzo ważna jest iskierka nadziei, że „jutro będzie lepiej”.


Dużo się tu nauczyłam, dowiedziałam. „Podróże kształcą”, jest to najprawdziwsza prawda. Najwięcej nauczyłam się podróżując. Nigdy nie dowiedziałabym się tak wiele o życiu, nigdy nie udałoby mi się poskromić mojej strasznej choroby gdyby nie podróże, poszukiwania i czytanie. Jest to jedna z przyczyn pisania tego bloga. Ludzie lubią czytać. Dzięki czytaniu uratowałam swoje życie. Czytanie sprawiło, że jestem szczęśliwa. Tu i teraz, w tym momencie mojego życia, a jutro będę jeszcze szczęśliwsza. Dzięki czytaniu teraz wiem, że jedynym i najważniejszym celem i powołaniem w życiu każdego człowieka, każdej żywej istoty na tym świecie jest bycie szczęśliwym w każdym momencie naszego istnienia. „Proszę Ciebie Boże o bezpieczną, dobrą i piękna podróż do domu”. „Jeśli nie będziesz prosić, nie otrzymasz żadnej odpowiedzi”. „Proś a będzie ci dane” - Ether i Jerry Micks.