wtorek, 29 listopada 2016

Madera, czyli Malarstwo, Pasja i Euforia!


 
 


Pokochałam loty samolotem. Oczywiście zawsze trochę się boję, czy oby tym razem dolecę do miejsca tam gdzie zmierzam…, Ale wytłumaczyłam sobie, że ewentualna śmierć w katastrofie lotniczej jest bardzo szybka i zawsze mam trochę alkoholu ze sobą w plecaku, żeby „w razie czego” znieczulić trochę tę ewentualną ewentualność. Teraz właśnie kupiłam sobie piwko i kanapkę i delektuję się podróżą, choć jak zwykle przez moje niezorganizowanie i pragnienie doświadczania jak najwięcej przyjemności… no i stres towarzyszący konieczności pakowania… i problemy ze snem, które w idealnych warunkach, niestety ciągle mi towarzyszą… a w sytuacjach stresowych… niestety mój mózg jest przestraszony, że nie podoła nagle działać i zaraz potem wyciszać się i zasnąć tak, aby dać mojemu ciału wypoczynek i regenerację … nie szkodzi…. 

 


I tak jestem dumna z mojego mózgu, że potrafi zasypiać… często niestety jest to wynikiem kilku lub kilkunastu łyków wina, które akurat na Maderze było wyśmienite i w genialnej cenie, bo w moim ulubionym, najpiękniej zlokalizowanym supermarkecie, bo z przepięknym widokiem na ocean, często a właściwie codziennie były duże promocje pysznego, czerwonego, tutejszego wina z prywatnych kolekcji. Więc byłam w raju winowo – bananowym.





Banany ratują mi życie, kiedy „umieram z głodu”, to znaczy raptem tracę siły i nie mogę nic zrobić, po prostu robi mi się „słabo” i nogi moje raptem nie chcą dalej iść, a kocham chodzić i biegać, i jestem chyba wtedy najbardziej szczęśliwa, gdy wędruję… szczególnie w „nieznane” trochę z takim dreszczykiem emocji, że się trochę boję czy nie zabłądziłam?... czy jest bezpiecznie…? 





Uwielbiam wędrować po wyspach greckich, wszędzie tam gdzie wylatuję… bo wtedy wiem, że znam tą przestrzeń, bo sama własnymi nogami, we własnych często „upijających”, bo tanich japonkach lub „na bosaka”, jeśli japonki za bardzo „dokuczają” przedreptałam jakiś „kawałek świata”!











Kontynuacja opowieści w następnym wpisie :) A tymczasem po więcej zapraszam na YouTube, gdzie dodałam najnowszy filmik!

czwartek, 24 listopada 2016

Projektowanie moja obsesja!


Nawiązując do postu dodanego jakiś czas temu tutaj, chciałabym dotrzymać słowa i pokazać Państwu dalsze zdjęcia z realizacji projektu architektonicznego domu rodzinnego.



Poprzez prostą formę architektury i bardzo funkcjonalny układ wnętrza, a także nietypowy półokrągły dwukondygnacyjny salon dzienny dom pozostanie zawsze ponadczasowy i oryginalny.





 A tak dla przypomnienia:
Zaprojektuję dla Państwa z wielką pasją i zaangażowaniem niekonwencjonalny, niebanalny, spełniający marzenia dom, wnętrze domu lub biura. 



wtorek, 22 listopada 2016

Impresje z...


Wracamy samolotem z tygodniowego pobytu na Teneryfie. Mieszkałyśmy w miłym, jak na nasze potrzeby luksusowym hotelu w pobliżu Playa la Arena. Ogólnie było cudnie, bo piękna pogoda każdego dnia, słońce, cudne widoki, piękny hotel z dwoma pokojami, zupełnie nie oczekiwałyśmy, że będziemy miały osobne sypialnie. Z pokoju dziennego, czyli sypialni Vanesski rozciągał się piękny widok na ocean i hotelową knajpkę, w której leniwie spędzali czas wczasowicze przy hotelowym, średnio uroczym basenie. 



Było dziwnie przyjemnie, bo to trochę tak, że na świecie zagościła wiosna i dopiero oczekujemy pięknych upalnych dni, ale to oczekiwanie jest zawsze, przynajmniej dla mnie, najważniejsze. I pokoje stanowiły dużą przestronną całość, połączoną łazienką, co dodawało uroku, bo trzeba było się nadreptać, przemierzając całą przestrzeń. I to nie było tak, że zapierało dech w piersiach i pokoje i widoki na ocean, ale całość stanowiła o uroku miejsca i chwili.
Gościły lub mieszkały w okolicy gołębie piękne szare i wpadały czasem na okruszki. I to taki spokojny, łagodny, urokliwy, bez spektakularnych przygód wylot z moją ukochaną, piękną, mądrą córeczką. Teraz sobie pomyślałam, jaką to wszystko ma ciągłość i jak to wszystko, te kolejne zdarzenia są wynikiem poprzednich zdarzeń i stanowią niekończącą się opowieść… Niekończącą się, bo ta opowieść może się urwać na chwilę w chwili śmierci…, ale prawie każdy z nas jest przekonany, że przerywa się tylko na chwilkę… 






Więc siedziałam prawie trzy tygodnie przy komputerze, szukając najciekawszego wylotu, zważając na pieniążki, jakie mogłam na wylot przeznaczyć. Ojoj, a tak w ogóle to byłam spakowana na dwutygodniowe wczasy warzywno – owocowe nad polskim morzem i walizka leżała na środku kuchni, czyli mojej pracowni malarskiej, czyli mojego pokoju gościnnego, czyli mojej rezydencji.
I zrobiłam wszystkie niezbędne (według mnie oczywiście) zakupy na wczasy nad polskim morzem w lutym, czyli puszystą czapkę z futra, na szczęście sztucznego, ale wyglądałam w niej jak puszyste, dziwne i zabezpieczone przez zimnem zwierzątko. Kupiłam dwie kurtki: jedną piękną, kolorową, leciutką i drugą czarną z kapturem puszystym, że niby dwie nad polskie morze w lutym średnio zimowym, ale lepiej tak naprawdę wziąć trzy kurtki… i tak zrobiłam, bo dwie leciutkie niebiesko – różowe śliczne, urocze i ta trzecia z kapturem puszysta, bo jakby bardzo wiało… i rudo – brązowa puszysta czapa zwierzako podobna i dwie czapki beżowe śliczne z bąblami i różowa puszysta opaska zwierzaczkowi na uszy, urocza, dobra na gorączkę… jakby przewiało… no i przewiało, a tak naprawdę to po dwóch tygodniach pakowania i kupowania „niezbędnych” rzeczy na wyjazd, na trochę „straszne” wczasy warzywno – owocowe… i ostatniego, ostatecznego dnia, którego już byłam zdecydowana na wczasy warzywno – owocowe, na które zdecydowanie mi się nie spieszyło i których tak naprawdę bardzo się obawiałam i bardzo niechętnie się tam wybierałam, zdesperowana, kilka razy do pani właścicielki dzwoniłam i przekładałam przyjazd. I powiedziałam pani, że ja to jestem raczej samotnikiem i że śpię do 12 w południe, że nie chciałabym grupowo wychodzić na spacery Nordic Walking o godzinie 7 rano. Przecież to środek nocy. I nie chciałabym ćwiczyć zbiorowo na piłkach w sali gimnastycznej… to pani na to, że samo jedzenie sałatek i gotowanych warzyw i siedzenie w pokoju to nie spowoduje oczekiwanych przeze mnie rezultatów, więc sugerowałaby…, że grupa się nawzajem mobilizuje…, więc… oj ojoj jak mi nie było po myśli… ja duch wolny niczym nieograniczony… Więc siły nadprzyrodzone się skrzyknęły… i zachorowałam na maxa… zaraziłam się od Radka, jak zwykle z resztą, zawsze się od niego zarażam… I nie dało się, na szczęście i na nieszczęście, pojechać na wczasy uzdrawiające… bo nie dało się ruszyć ani ręką, ani nogą, tak bardzo mnie „powaliła” choroba… I było bardzo ciężko, a jednocześnie bardzo się cieszyłam, że nie muszę jechać na wczasy nad zimne, ponure polskie morze z poranną, a właściwie to śródnocną gimnastyką z obcymi ludźmi. 



I… z ogromną namiętnością rozpoczęłam poszukiwania miłych, ciepłych, tanich wczasów w przepięknych krainach wiecznej szczęśliwości, gdzie bardzo często bywam i gdzie nie ma gimnastyki śródnocnej. Znalazłam wylot do Maroka chyba następnego dnia po zachorowaniu, ale Radek z Adamem, naszym kolegą i pracownikiem odradzili mi go. Powiedzieli, że to tak jakbym poleciała do Egiptu… a w Egipcie tubylcy gonili mnie i Karolcię, córeczkę mojej siostry na wielbłądach po „autostradzie”. Może to nie była autostrada, ale szeroka dwupasmowa droga. I uciekałyśmy dzielnie do naszego hotelu, a oni za nami. Teraz w stanie rozkładu na czworaka nie miałabym siły uciekać przed jakimś niewyżytymi „zboczuchami muzułmańskimi”. No i dobrze, że nie zdecydowałam się tam jechać, bo kilka dni później obejrzałam filmik na youtube, który przekonał mnie do końca. Mam nadzieję życia, żeby nie jeździć przynajmniej jak się jest chorym do krajów gdzie niepewni jesteśmy opieki medycznej. 

"Świętość Guanczów" olej, płótno, 80x160 (cm)


Filmik sam mi się włączył i to był najgorszy film, jaki w życiu wysłuchałam. Była to relacja pana, który wyjechał na wczasy do jakiegoś kraju muzułmańskiego i w pewnym momencie dostał niesamowitego, rozrywającego bólu w jamie brzusznej (szczegółów Wam oszczędzę...).  

Bóg jednak pokierował moim losem i jak często się zdarza w takich przypadkach, moje upragnione wakacje, w końcu pojawiły się w ofercie (wraz z przystępną dla mnie ceną).





Dzięki temu możecie podziwiać te zdjęcia oraz obrazy, które namalowałam dzięki inspirującym widokom oraz historii Teneryfy ;)

"Drzewo Guanczów", olej, płótno, 60x206 (cm)
 

czwartek, 17 listopada 2016

Miłe wyróżnienie




Miło nam poinformować, że nasz blog został dodany do "Katalogu Najlepszych Blogów"!
Jest to dla nas miłe zaskoczenie i ogromna radość ;)
Opis bloga znajdziecie tutaj
Zdajemy sobie sprawę, że nie zawsze pracujemy nad wpisami systematycznie i dlatego dziękujemy wszystkim czytelnikom za cierpliwość i wsparcie. To dzięki Wam liczba wyświetleń ciągle rośnie, a dla nas jest to impuls to dalszej pracy!




czwartek, 10 listopada 2016

Obraz we wnętrzu - jak dodać pierwiastek sztuki do własnego domu - radość o poranku

Magiczny poranek, 80x160 (cm), olej na płótnie


Pejzaż przedstawiony na obrazie to analiza i próba zrozumienia przyrody, zachwytu nad nią oraz jej kojącego wpływu. Atmosfera dzieła doskonale oddaje niezwykłość pierwszych chwil dnia, gdy oczekujemy na rozgrzewające promyki Słońca. Pejzaż ten doskonale sprawdzi się zarówno w klasycznym, jak i nowoczesnym wnętrzu, które dzięki sztuce nabierze unikalnego charakteru.
 
Sandra Czarna

Rzadko realizowane przeze mnie marzenia o spacerze o poranku do pobliskiego magicznego, zawsze fascynującego parku, gdzie magia otaczającej przyrody odmienia codzienność. 

O poranku, 80x120 (cm), olej na płótnie


Od zawsze hipnotyzuje mnie przyroda i nie musi to być egzotyczny widok z morzem w tle, gdzie z wplecionymi źdźbłami traw i kwiatów delektuję się boskością Świata. 




Najbardziej magiczny, a zarazem najmniej dostępny dla mnie jest właśnie poranek...


Przez dręczącą mnie długoletnią bezsenność  bardzo rzadko mam przyjemność obcowania z najbardziej magiczną częścią dnia, gdzie budzi się świat do celebrowania odwiecznego istnienia. 



Kiedyś często malowałam do nastania brzasku lub wracałam z imprez przeżywając ciężki okres "drugiej młodości". Teraz budzący się dzień towarzyszy mi, gdy wybieram się w moje podróże po ciężkiej, nieprzespanej, spędzonej na sprzątaniu i pakowaniu w nocy...





Ale nawet wtedy... Nieprzytomna... Nieżywa... Z ciężką walizką, bo zabieram farby i pędzle, i płótna... Celebruję budzący się dzień i "zdycham ze szczęścia", zachwycając się pięknem przyrody i magią otaczającego mnie świata.

.... Jak dobrze wstać! I tak znikąd pojawiła się w mojej głowie urocza piosenka, do której muzykę napisał Juliusz Loranc, a słowa Janusz Kofta, z czasów mojej młodości... Jak dobrze wstać, skoro świt.... Tutaj w wykonaniu Grupy I.

I nie tylko ja wyrażam swój hołd dla przyrody. Zachwycam się obrazami Mistrzów oddających romantyczny aspekt przyrody takich jak Caspar David Friedrich czy Wiliam Turner malarz żywiołów...

Ale również i zmagania się człowieka z przyrodą, z trudem codzienności, gdzie uwiecznione są chwile próby ujarzmienia jej w obrazach niedoścignionego Mistrza Józefa Chełmońskiego