wtorek, 31 maja 2016

Garance Dore - wyraża prawdy życiowe

Ciąg dalszy...
… I przyszło mi bardzo szybko przekonać się, że UBRANIA mogą przyczynić się do wzrostu pewności siebie, poczucia własnej wartości – wydaje się ta teza tylko dla snobów, którym pieniądze wychodzą uszami, niepotrafiących w żaden sposób udowodnić światu swoją wartość istnienia, na tej planecie…

Jednak… Wylatując z Polski byłam przeziębiona i osłabiona przez pana, który przyniósł jakieś pismo w sprawie nieruchomości i przez mojego sławetnego sąsiada Piotrusia, który przykuśtykał, bo kuleje (historii związanych z Piotrusiem opiszę moc, bo stworzył ich moc i często zapierają  dech w piersiach). Sama nie wyszłabym do pana z pisemkiem, bo nie działa u nas od dziesięcioleci domofon i tylko psy ujadały wniebogłosy…  Ale Piotruś przykuśtykał, a już wybierał się na tamten świat, więc zdziwiona, że ma się nieźle pobiegłam bez czapki i mnie zawiało. Kiedyś ciągle chorowałam, nigdy nie przestając, nieustannie, więc i tak jestem z siebie dumna, że jest lepiej. 

Następnego dnia świeżo wykąpana wsiadłam na swój zaczarowany rower, który jest tak brzydki, że swobodnie mogę zostawić go w Łodzi bez zabezpieczeń przed kradzieżą. I spędziłam piękny zimowy, ale jakby wiosenny dzień kupując różne najważniejsze na wylot rzeczy. Między innymi cudną, włochatą kurteczkę z Bershki w dobrej promocyjnej cenie… I się działo… no bo nie lubię się pakować… i… jest wszystko w ostatniej chwili na trupa, bo tak mam i chcę to zmienić… i troszeczkę mi się udaje… I zawiało mnie znowu jak wysiedliśmy z samolotu i zwariowałam… cudne słońce… chłodny wiaterek… I zawiało mnie znowu… I noc w moim nowym hotelu ledwo przeżyłam, a zawsze myślę, że nie może być gorzej, kiedy smęcę się na trupa, więc okazało się po raz kolejny, że może być gorzej… I następnego dnia, kiedy ściągnęłam swoje nieżywe, zasmarkane ciało, ubrałam ciepłą czapę, związaną gumką do włosów, bo okazała się za duża i mnie podwiewało… I ubrałam kilka bluzek i na nie moją podróżną niepierwszej nowości koszulę… I do tego opuchnięta niepierwszej młodości buzia, na której pojawiły się po trudnej nocy jakby znaki bojowe, takie dziwne, spuchnięte linie… i… na plaży to jeszcze nie… ale… jak weszłam do kilku sklepów z ubraniami… i panie… tak dziwnie patrzyły… To właśnie wtedy pomyślałam… a nawet byłam stuprocentowo pewna, że GARANCE DORE nie myli się. Ubrania pomagają poczuć się pewniej siebie, może nie zapewniają ją i nie gwarantują…, ale pomagają… więc mogę je kupować wciąż i wciąż, bo właśnie wytłumaczyłam to sobie, jakie są ważne, kocham ubrania!
Ja na Cyprze  w za dużej czapce


Garance Dore – Teraz czuję się naprawdę dobrze – powiedziała w jednym z wywiadów dla NYmag.com. Emmannelle Alt powtarza, że podstawą jest pewność siebie. Mnie bardzo pomogło znalezienie ubrań, w których czuję się pewnie. To właśnie chciałam przekazać kobietom w swojej książce: ubrania są po to, żeby ci pomóc, a nie żeby zrobić z siebie kompletnie inną osobę

Garance Dore uwiodła mnie zwyczajnością, prawdziwością. Mój sukces wziął się także z tego, że nie jestem niedostępna. NIE UDAJE KOGOŚ, KIM NIE JESTEM.   Opowiada swoją historię dając kobietom wsparcie i siłę do walki o siebie, o swoje pasje, o swoje życie. Tak często przywdziewamy się maski i lukrujemy swoje życie na pokaz. A życie jest różne i powalająco okrutne i uszczęśliwiające. Wszyscy przeżywamy wzloty i upadki. Nie jestem pewna, czy istnieje na świecie człowiek w stanie odwiecznej szczęśliwości, choć przeczytałam książki uczące poczucia szczęścia, ale dawały mi ten stan, dopóki jakieś choróbsko nie przyatakowało mnie znienacka i niszczyło radość istnienia. Ale uczę się w każdym momencie mojego życia. Mam nadzieję, że umrę szczęśliwa w jakimś genialnie bajkowym, świadomym śnie.


Garance Dore osiągnęła olbrzymi sukces zarówno zawodowy (jej książka Love, Style, Life bije rekordy popularności, a magazyn Porter zaliczył ją do grona 100 najbardziej niezwykłych kobiet) jak i prywatny – jest szczęśliwie zakochana, a w sylwestra zaręczyła się – nie może być piękniej.

poniedziałek, 30 maja 2016

Dalekie kosmosy


Wybuchy wewnątrz nieskończonego wszechświata. Nieustanna praca materii, ruch krążących planet. Umieranie gwiazd. Kosmos fascynuje i przeraża. Zawiera w sobie wszystkie te nieprawdopodobne liczby, googolplexy, pingwiliony, miliardy. No dobra. Nie ma takiej liczby, jak pingwilion. Zmyślałam.
Świetlne lata, które nie są jednostką czasu. Mnogość wszechświatów. Nieustające poszukiwania. Czy jesteśmy tu sami? Bóg-stwórca, wielkie wybuchy i opowiadania Lovecrafta. Błogosławiona nauka, teorie strun i teleskop Hubble'a. Błogosławiony umysł, który nie umie tego ogarnąć i sobie wyobrazić.
Nasza cudowna nieświadomość, że żyjemy na wirującym cmentarzu. 

Nocne niebo, które zachwyca i przytłacza. Spadające gwiazdy, na które czekamy. Zachwycające fotografie odległych mgławic. Zerowa grawitacja. Układy zodiaku. Zorze polarne i latające statki. 

O tym jest ten obraz. O dalekich kosmosach. O ciekawości odkrywania. I o tym, że człowiek jest bardzo mały i prawdopodobnie zupełnie sam. O tym, że nasz świat, zawieszony między Wenus i Marsem jest miejscem intymnym i kameralnym. A prawdziwe życie być może toczy się gdzieś tam... W sercu Wielkiego Planu. W wielkiej, nieskończonej przestrzeni, która nieustannie eksploduje i na nowo się stwarza.  

Warto o tym pamiętać, by móc nabrać dystansu. 
I zawiesić sobie okno na kosmos nad stołem w jadalni.

Emilia Dadan

Garance Dore - inspirująca

Ubrania są po to, żeby ci pomóc, a nie żeby zrobić z ciebie kompletnie inną osobę. Mnie pomogło znalezienie rzeczy, w których czuję się PEWNA SIEBIE – Garance Dore.



                Bardzo zaciekawiły mnie słowa znanej blogerki modowej Garance Dore. Jak to? Czy pewność siebie nie wynika przypadkiem z wnętrza człowieka? Czy nie jest wynikiem ciężkiej pracy z psychoterapeutami, bezustannymi rozmowami z Duszą, czytaniem tysiąca poradników jak uleczyć wewnętrzne, zastraszone dziecko? No chyba, że… ktoś to dostał po prostu w PAKIECIE od Boga i to po prostu ma – szczęśliwiec. Chyba znam przynajmniej jednego takiego szczęściarza. Kupiłam Glamour, jako osłodę ciężkiej nocy (bo nie przespana kolejna) lecąc na Cypr. Tam znalazłam i przeczytałam artykuł Alicji Szewczyk Garance Dore zaczyna od nowa. I już następnego dnia po przylocie do hotelu przekonałam się, że ubrania mają wpływ na poczucie własnej wartości – szczerze - nigdy wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Kocham ubrania miłością szczerą i bardziej traktuję je, jako „dzieła sztuki”. Nie uważam, że obraz jest cenniejszym dziełem niż piękne ubranie. Mówię o pięknych ubraniach – takich, które powodują u mnie zachwyt i wzbudzają miłość do projektanta i wykonawcy. Dlatego często kupuję ubrania, jak szalona kolekcjonerka zagracając coraz to nowe przestrzenie i często nigdy ich nie nosząc. Ale… w domu… w pracowni, ubrania moje przypominają stylóweczkę bezdomnego. Nie dość, że często poszarpane, upaprane farbami, śmierdzące olejem lnianym, pewnie zamieszkują je różne pasożyty, bo nasze zwierzaki, szczególnie Spineczka przygarnięta przez moją córeczkę ze schroniska (zdobyła jej wrażliwe serduszko, bo była najbardziej oblepionym odchodami innych, większych piesków, podeptanym psim niemowlaczkiem). Spineczka natychmiast po przyniesieniu do domu nowego ubraniowego nabytku postanawia je udomowić i niepostrzeżenie używa pięknego dzieła sztuki jako swojego nowego posłania i jest w tym rytuale przeurocza, że nie można jej wyciągnąć dzieła spod pięknej niewinnej mordki. Często też pieczołowicie i z ogromnym zapamiętaniem zakopuje swoje zdobycze w moje zdobycze ubraniowe. Kiedy zbiorę siły, żeby uporządkować, choć parę ubrań, odkrywam skarby.  Spineczkowe stare, wyschnięte bułki lub kości sztuczne, ukryte na czarną godzinkę przez zapobiegliwą, cudną suczkę z powiewającym na wietrze, charakterystycznym ogonem konika, choć bez wiatru ogonek też dzielnie powiewa.

Spineczka

 Spineczce ewidentnie ubrania dodają poczucia własnej wartości. Z drugiej strony – skąd jej zainteresowania ciuszkami? Może poprzednie wcielenia wywarły piętno… Sorki, zboczyłam z tematu.
Więc… w mojej pracowni ubrania rządzą się swoimi prawami. Kocham moje podarte, przypalone (bo często wygrzewam pupę przy kominku) niepierwszej czystości ubrania. Często w mojej małej pracowni jest zimno, więc czasami kupuję takie same swetry w dobrej cenie i zakładam kilka na siebie...

Psy Spineczka i Dziewczynka oraz kotka Bąbelina


… żeby przetrwać zimę, a w moim kominku, który bardziej przypomina blaszaną „kozę” lub część parowozu, kojarzy mi się często z jakimś urządzeniem służącym do palenia i ogrzewania nieziemsko zimnego pociągu, którym kiedyś podróżowałam po Rumunii, chyba za czasów panowania strasznej rodziny Ceausescu – otóż w moim kochanym kominku wielokrotnie nie mogę napalić, ponieważ otaczają go szczelnie piętrzące się obrazy, które gdzieś są przewożone, aktualnie malowane, potrzebne, a potem nie ma siły powtykać je do magazynku lub do innych przechowalni.
I teraz mogłabym opowiedzieć o piętrzących się trudnościach w wynoszeniu obrazów do magazynku, ponieważ inne – cudne zwierzę uczyniło sobie ze świątyni przechowywania sztuki – dużą na ile chwilowo jest przejścia w magazynku często uczęszczaną kuwetę, o zgrozo… ale nie będę odchodzić od tematu, który pogrążył mój umysł w pierwszych dniach pobytu w Larnace…

Ciąg dalszy nastąpi...

czwartek, 26 maja 2016

Szmaragdowo - miętowy


To przepiękny obraz. Przypomina mi klocek lego, mydelniczkę i kostkę toaletową. 
Czy to źle? Wręcz przeciwnie. Kojarzy mi się z domem, bezpieczeństwem i czystością. Widzę z nim polot i dowcip. 
Ludzie zbyt często, obcując ze sztuką, czują się zobowiązani do wyrafinowania, powagi, intelektualnych porywów i wystudiowanych dialogów. Nie wypada powiedzieć po prostu, że coś "jest super i się podoba". Warto się przy tym powołać na teorię estetyki, na nową falę starego nurtu i długie, wielosylabowe słowa. Żeby nie wyjść na głupków, albo coś komuś udowodnić. 
W sumie to dobrze, bo teorie estetyki są ciekawe, warto wiedzieć co znaczą długie wyrazy i rozumieć, co się ogląda (a edukacja kulturalna praktycznie nie istnieje w szkołach).
Tylko mam wrażenie, że nurzanie się w pretensjonalnych wywodach odbiera nam trochę tej dziecięcej radości z obcowania ze sztuką. Ja lubię wziąć faceta do Tate Modern i śmiać się z instalacji, z tego, że kupa na płótnie i mieć w nosie, że poważne panie kustoszki mają nas za ignorantów. Studiowałam historię sztuki zbyt długo, by się tym przejmować. 
I żeby dać się wkręcać w to, że coś "powinno" lub "nie powinno" mi się podobać, zgodnie z cudzą teorią. 
Mogę tę teorię zrozumieć i uszanować, ale moja pierwsza, naturalna reakcja wrażeniowa będzie wciąż ta sama. Bardziej osobista i bardziej istotna.
Tutaj pośrodku widzę lodowe landrynki i czuję ich chłodną słodycz. Szalenie chciałabym mieć ten obraz w domu.
Naprawdę nie lubię wydumania i pretensjonalności. Za to lubię cukierki lodowe. 

Emilia Dadan

poniedziałek, 23 maja 2016

Ten obraz jest dla mnie uosobieniem przeszłości, która choć zatarta bywa przez upływ czasu i wydarzenia dnia dzisiejszego, i tak potrafi wiązać naszą uwagę z emocjami i skupiać ją na wspomnieniach. Eter zjawisk przeszłych tak bardzo potrafi oddziaływać na życie obecne, że choć stało się to dawno, strzępy fal umysłu tamtej epoki absorbują nas teraz. Na obrazie widzę właśnie te fale, wdzierające się we mnie dzisiaj, w teraźniejszości próbując namieszać swoją siłą. I choć bywają piękne, mają też swoje ciemniejsze oblicza. Wszystko, co wydarzyło się kiedyś, umrze w mojej głowie. Wiem o tym. Być może za kilka lat ani moja świadomość, ani jej matka podświadomość nie będą pamiętały moich wzlotów i upadków z dzieciństwa, okresu dojrzewania, dojrzałości, czy zmierzchu życia. Ale teraz, gdy umysł poszukuje upragnionej ciszy i równowagi, mącą one moją wewnętrzną harmonię. Dlaczego? Być może sama przypisałam niektórym wydarzeniom ważność i odczuwałam je za bardzo aż do tego stopnia, że zagnieździły się one na dnie mojej duszy. Jak je stamtąd wydostać? Czy ten obraz może dać mi odpowiedź? Jest piękny, ma genialne barwy, piękną falistą strukturę i kształty. Może przeszłość też ewoluuje do takiej postaci? I będzie pięknym odzwierciedleniem dawnych lęków wymieszanych z radościami, ze złością, z miłością, z odwagą, z buntem, ze smutkiem? Jak na obrazie będzie jednolitą substancją, która zawierać będzie w sobie całą mnie razem z doświadczeniami moich wszystkich lat? Czy kiedyś przyjdzie niepamięć i wyprze z mojej głowy te niepokojące, ale zarazem spokojne pozostałości dawnej świetności wydarzeń tak mocnych, że w dniu dzisiejszym nawiedzają mnie przeżycia siedmioletnie? Stare, brudne strzępy. A jednak żyją nadal. Czy umrą naturalnie, czy też ja muszę walczyć z tą nieskończoną i nieokreśloną esencją przeszłości?

This picture is for me personification of past, which can connect our attention with emotions and focus it on our memories although that it is faded by time and present events. Ether of past occurrence as strongly can affect on our present life that ,although it happened long ago, ravels of waves of the mind past epoch absorb us now. In the picture I see these waves which are penetrating to inside me and at present day they are trying make problems with their strong. And though they can be beautiful they have also darker faces. All what happened in the past will die inside my head. I know it. Maybe in a few years neither my consciousness nor its mother subconsciousness won't remember my ups and down from childhood, adolescence, maturity or twilight of life. But now when my mind is looking for coveted silence or balance, they are making turbid my interior harmony. Why? Maybe I ascribed some things to many importance myself and I was sensing too much them? And they nested due to this reason on the bottom of my soul. How it is possible to pull them out? Can this pic give me an answer? A pic is beautiful, it has ingenious colors and beautiful shapes and structure. Maybe past also will evolve to this shape? And maybe it will be beautiful reflection of past fears mixed with joy, with anger, with love, with brave, with protest, with sadness? Maybe it will be one uniform substance which will contain inside its all me with all my experiences? Will oblivion come some day and will displace from my head these worrying but also calm rests past grandeur of events so strong that at the present day they pester me although they are seven years? Old, dirt shreds. But they are still alive. Will they die naturally or should I fight with this endless and indefinite essence of past?

~~Kamila Kossowska

niedziela, 22 maja 2016

Moje odwieczne pytanie do samej siebie i do wszystkich, którzy w jakiś sposób odczuwają sztukę w sobie, wreszcie znalazło odpowiedź. Jakie pytanie? Jaka odpowiedź? O tym za chwilkę :-)
Od zawsze chciałam tworzyć, rysować, malować, wyklejać, itp. Od zawsze miałam wielkie pragnienie w sercu żeby być rodzicielką dla pięknych, poruszających rzeczy. Chciałam pokazywać w sztuce moje emocje, moje wszystkie silne, wewnętrzne demony lub przeciwnie anioły. Ale nigdy nie potrafiłam. Być może to była kwestia zbyt małej pracy włożonej w warsztat? Może za mało czasu poświęciłam na technikę, tym samym odsuwając się od możliwości pokazania tego, co widziałam oczami duszy? Być może moja droga miała być inna, może miałam być obserwatorem, a nie twórcą; może miałam odczuwać barwy, dźwięki, kształty jako jedynie ktoś, kto widzi efekt końcowy tego wielkiego, tajemniczego procesu jakim jest np namalowanie obrazu na płótnie? W związku z tym, gdy tylko narodziło się we mnie drgnienie pragnienia by sięgnąć po ołówek, pastele, farbę, czy cokolwiek innego, co potrafiłoby zostawić trwały ślad na kartce papieru, rysowałam oko. Ludzkie oko, otwarte, patrzące gdzieś w przestrzeń poza kartkową, jakby szukało jakiegoś sensu. Zawsze widziałam w nim emocję, mimo że składało się ono z zaledwie zarysu powieki, tęczówki, oczodołu. Nie pamiętam by kiedykolwiek było ono dopracowane. Nie potrafiłam tego zrobić, bo nie potrafiłam nigdy rysować ani malować. Ale bardzo chciałam tworzyć to oko, czułam w sobie zrywające się z łańcuchów siły, które szeptały mi, że muszę to zrobić. Muszę narysować kilka pojedynczych organów. Do tej pory ta Nieustraszona Muza od oczu mnie prześladuje. Są dni, kiedy jestem Jej więźniem. Ona mi każe narysować oko. I dlatego właśnie mój umysł nękany jest wciąż tym samym pytaniem od wielu lat - dlaczego akurat to? Dlaczego nie kot, nie lodówka, nie łózko, nie kwiat, nie dziecko, nie owoce, nie serwantka, nie kotary, nie woluminy? Nie rozumiałam tej życiowej abstrakcji aż do zobaczenia obrazu Lusi. Dopiero teraz na nim widzę coś, co przecież miałam całe życie pod samym nosem! Tylko oczy nie potrafią udawać, w nich mogę zobaczyć wszystko, co dzieje się w drugiej osobie. Niestety wielu ludzi gra, wkłada maskę, boi się siebie, boi się innych. I tylko w oczach mogę zobaczyć prawdę, której tak bardzo szukam. Tylko w nich widzę miłość zakrytą wiecznym strachem, nieśmiałość ukrywającą się za dumą i pychą, niepewność dobra innych za agresją i wybuchami wściekłości. Tylko dzięki oczom mogę znaleźć drogę do porozumienia z duszą drugiej osoby. To w nich widzę, kogo spotykam. To one zdradzają mi tajemnice tych osób i informują czy natrafiłam na biel, czerń, czy na różne odcienie szarości.


My immortal question to myself and other people, who feel the art in some way inside them, now found the answer. What question? What answer? About this for a moment :-)
Always I wanted to create, draw, paint, do collage and other arts activities. Always I had a big desire be parent for beautiful moving things. I wanted to show in art my emotions, my all strong interior demons and angels. But I couldn't. Maybe I couldn't work so hard to improve my "atelier" ? Maybe too little time I spend to improve my technique and moving away the same time to show what I was seeing by eyes of my soul? Maybe should my way of life be other? Może should I be observer, not creator? Maybe should I feel colors, sounds, shapes as somebody, who see only the final effect this big, mystery process painting on canvas picture? In relation with this when inside me tremor of desire was born to take a pencil, pastels, paint or other thing which can leave a permament mark on piece of paper, I was drawing an eye. Human eye, open, looking in the space out of paper like it looking for something, some sense. I always saw in this eye emotion, although this that it was created only by some outline of eyelid, iris, eye socket. I didn't remember this it was complete any time. I couldn't do this, because I didn't draw or paint. But I really wanted to create this eye. I was feeling inside me strenghts which were plucking the strings and were murmuring me that I have to do this. I have to draw these some single organs. So far this Fearless Muse of eyes haunts me. Sometimes I am her prisoner. She demands from me to draw an eye. And that's why my mind is torment by the same question all time - why eye? Not cat, not fridge, not bed, not flower, not child, not fruits, not dresser, not hangings, not volumes? I haven't understand this life's abstract so far look at Mariola's picture. Now I see something what I had all my life in front of me! Only human's eyes couldn't pretend something. Inside them I can see all, what it's really inside other person. Unfortunatelly many people play, wear the masks, are afraid of themselves and others . And only in eyes I can see the truth, which I am looking for in my life so hard. Only inside eyes I see love covered by immortal fear, shyness hides behind pride, insecurity of others people good hides behind rage and aggression. Only thanks to eyes I can find the way of communicate with soul of other human. Inside eyes I see what person I meet. They let me on their people and inform me I meet white, black or different shades of grey.

~~Kamila Kossowska


sobota, 14 maja 2016

Oczekiwanie na ratunek



Dzisiaj moją uwagę przykuł obraz, który Lusia nazwała „Nim brzask nastanie”. Zarówno ona jak i ja znamy okropność, jaką niesie ze sobą noc. Myślę, że wielu ludzi ją zna; odczuwa za każdym razem, gdy zgaśnie Słońce. Trzeba przeżyć cały ogrom ludzkiego cierpienia, unieść na swych barkach wszystkie niepokojące myśli i doczekać jakoś do świtania, do kolejnej jasności. W nocy, w ciemności, wszystko, poza naszą duszą, jest silniejsze; wszystko, co już pokonane, wraca. Próbuje nas na nowo zabić. Zranić. Widzimy migające czerwone światełko telewizora i myślimy o przeżytym bólu, strachu, napięciu. Jesteśmy ofiarą mroku, który ma za cel zniszczyć naszą wytrwałość i pewność siebie. W ciszy czujemy więcej. Zamknięci w swojej klatce urojonych koszmarów odczuwamy cały ogrom sadystycznych emocji. I tylko ranek może nas uratować… Widzę to na obrazie jaką jasna smuga ma siłę. Siłę do wygnania demonów, które tak bardzo dążą do wywołania w nas chaosu, że nieraz zapominają, że to już, lada chwila, przyjdzie światło, przyjdzie nowe życie, nowy cykl, i je zabije. Zniszczy doszczętnie i wówczas będziemy mieli kilkanaście godzin spokoju. Godzin, w których przeżyjemy miłość, nienawiść, szczęście i smutek, gniew i spokój; spotkamy na swej drodze przeszkody i nagrody, Zło i Dobro, ludzi ciepłych i zimnych. I po tym wszystkim szaleństwo znów znajdzie się pod naszymi drzwiami. Zapuka cichutko, nawet poczeka na zaproszenie. I mimo tego, że go nie dostanie, wkradnie się ukradkiem do naszej sypialni, przeniknie przez fałdy naszej kołdry i naszej bielizny i wślizgnie się w nasze ciała… Znajdzie najszybszą drogę do duszy i wywoła zamęt. Niekończący się, ostry cios naszych mar. Taki cykl musi trwać. Musi istnieć. Musi nas uczyć przebywać samemu ze sobą i swoim własnym szaleństwem, które każdy z nas ma w sobie. Gdyby nie noc, jej groza i okrucieństwo, nigdy nie doceniłabym tego, co mam w życiu każdego dnia. Nigdy nie zerwałabym bzu, nie nauczyłabym się nowych słówek z francuskiego, nie wypiłabym gorącej herbaty dającej ukojenie, nie zauważyłabym wiewiórki pod moją uczelnią, nie przytuliłabym mojego mężczyzny, nie zachwyciłabym się nad obrazem, nie posłuchałabym L. Fabian, nie znalazłabym się na mojej uczelni, nie zadzwoniłabym do braciszka. Nie zrobiłabym tego wszystkiego z bardzo prostej przyczyny. Po prostu nie istniałabym. Żyjąc, godzę się na wszystko, co mnie spotyka. Na bóle i męki, ale i na spokój i szczęście. Godzę się na dzień i noc. Ostatecznie obie te jednostki mnie zabijają i w końcu uda im się osiągnąć swój cel, tylko może noc dokona tego szybciej i efektywniej. Zagóruje wówczas nad dniem. Ale tylko na chwilę. Nie zapominajmy, że dzień nie odda zbyt łatwo zwycięstwa. Nie zapominajmy, że on również jest zabójcą… Sadystą z genialnym narzędziem zagłady. Stresem. Nie wiem, kto wygra tę walkę w moim przypadku. Ale wiem, że tak jak ludzie walczą między sobą, choć nie mają często racjonalnego powodu, tak ciemność z jasnością biją się o każdą ludzką duszę. Nie ma to najmniejszego sensu, ale brną w to dalej, a ofiarą ich przekomarzań jest ludzkość. Nigdy się nie poddadzą. A ludzie nigdy pogodzą się z tym, że są tylko pionkami w grze Wszechświata. Tak musi być, innego porządku świata nie znam.



Today picture which title is “Before dawn coming” caught my attention. Lusia and me, both, know horror of the night. I think many people know it and feel every time when the Sun went out. It’s necessary to live through whole immensity of human pain, bear on their shoulders all alarming thoughts and wait to next brightness and dawn. At night, on darkness all, without our soul, is stronger. All what is defeated returns. It tries kill us. Hurt us. We see red flashing TV’s lights and we think about pain, fear and suspense which we survived. We’re victims of blackness, which has as purpose to crash our persistence and self-confidence. In silence we feel more. Locked in cage imaginary nightmares we feel vastness of sadistic emotions. And only morning can save us. I see on the pic which strength has bright contrail. Strength to exile demons, who so intensely aim to make chaos inside us, that sometimes don’t remember that any moment brightness will come, new life will come, new period will come and kill them. Destroy them utterly and then we will have over a dozen hours of calmness. Hours in which we will experience love, hate, happiness and sadness, anger and calm; we will meet in our path obstacles and recompenses, Evil and Good, cordial people and cool. And after this madness will appear again under our doors. It will knock quietly, it will wait for invite. And although this that it won’t get this, it will sneak into our bedroom, pierce through folds our quilts and our underwear and slip into our bodies… It will find the fastest way to soul and cause muddle. Endless, sharp stroke our nightmares. Such period must stay. Must exist. Must learn us how to stay alone together and own madness, which is in each of us. If not the night, its terror and cruelty, I’ve never appreciated, what I have every day in my life. I’ve never picked lilac, I’ve never learnt some French words, I’ve never drunk warm tea giving me consolation, I’ve never observed squirrel close to my university, I’ve never hug my boyfriend, I’ve never been delighted by some picture, I’ve never listened to L. Fabian, I’ve never been at my university, I’ve never called to my little brother. I haven’t done these things due to very simple reason. I just don’t exist. Living, I agree with all what I meet in my life, with aches and torments but with calm and happiness too. I agree with day and night. In result both kill me and in fine it will go off well but maybe night will perform this faster. Will be above the day. But only for moment. Don’t forget that day won’t give up so easily. Don’t forget it is killer too. It’s sadist with great instrument of destruction. Stress. I don’t know who will win this battle in my case. But I know like people fight among themselves, although they haven’t got rational reason, darkness and brightness fight for every human soul. It’s senseless, but they trudge all time this way and victim of their teasing is humanity. They won’t give up. Never. And people never will agree that are only puppets in Universe’s game. It must be so, other world’s order I don’t know. 

~~ Kamila Kossowska

piątek, 6 maja 2016

Przecudne zsuwanie się w otchłań piękna i spokoju. Zawsze miałam tak, że to fiolety mnie uspokajały, a nie inne kolory. Patrzę na ten obraz i czuję równowagę w sobie, która jest mi obecnie bardzo potrzebna. Zbliża się moja sesja (studia) i może właśnie dlatego podświadomie szukam azylu? Czegoś, co mnie poprowadzi w gąszczu tak ważnych dla mnie spraw; co pomoże mi przetrwać walkę o to, co kocham. I zrobi to w sposób wyciszony, szepcąc w czuły sposób słowa wsparcia; powtarzając, że jestem na tyle silna i wartościowa, że wygram wojnę z własnymi słabościami w tym stresującym dla mnie starciu. Ten obraz daje mi wytrzymałość na negatywne bodźce. Patrzę na niego i czuję, że nic złego nie może się wydarzyć, mimo że to totalne kłamstwo. W każdej chwili życia może czyhać na nas zło, zagłada naszej duszy. Ale dzięki tym barwom i kształtom odczuwam siłę i wiem, że potrafię się obronić przed wszystkim, co chciałoby mnie zranić. Wiem, że to nie jest mój koniec; że jestem władcą swojego losu na tyle, na ile jest mi to dane. I właśnie w tych wąskich ramach ja jedna mogę działać, żeby ułożyć wszystko według mojego planu na szczęście, na spełnienie, na harmonię. Oglądam wirujące kule, które tak łagodnie opadają w kosmiczny wir... Żyłki rzeczywistości gubiące się właśnie w tej chwili w dołku wypełnionym esencją z marzeń i wspomnień... Widzę chmury stworzone z fioletu i piękna naszych małych ziemskich pragnień i zadaję sobie pytanie: czy warto narażać istotę i ważność swojego jestestwa dla chwil wypełnionych po brzegi pasją i miłością, skoro koniec i tak nadejdzie po przeżyciu już wszystkiego?



Wonderful sliding in deep of beauty and calmness. It was always that violet colors make me calm, not other colors. I look at this pic and I feel balance inside, which is now necessary to me. My session (at univeristy) is coming and maybe this is the reason why I'm looking for refuge subconsciously? I'm looking for something, which could be my private guide into thicket of my private important issues and could help me survive this battle for this what I love. And this guide could do this muted way whispering in the same time many words of support; repeating that I'm so strong and valuable that I will win this war with my weakness in this stressful encounter. This picture give me resistance to negative incentives. I'm lookin at it and I feel that nothing wrong can happen to me, although this is total lie. Every moment in our life some wrong and destroy our soul can try to lying in wait for us. But thanks to these colors and shapes I feel strenght and I know that I can defend me from everything, which could want to hurt me. I know it;s not the end of me. I know I'm lord of myself in some borders. And in these borders I can do something to arrange according to my fortunately plan, plan to gratification and harmony. I'm watching rotating balls, which are falling gently into cosmic vortex... Lines of reality which are getting lost now in hole full of essence of dreams and memories... I see clouds made by purple and beauty of our small earthly desires. And I ask question to myself: it is worth to expose gist and validity of his being for moment filled to the brim by passion and love, if the end will come after experience everything?

-Kamila Kossowska