poniedziałek, 30 maja 2016

Garance Dore - inspirująca

Ubrania są po to, żeby ci pomóc, a nie żeby zrobić z ciebie kompletnie inną osobę. Mnie pomogło znalezienie rzeczy, w których czuję się PEWNA SIEBIE – Garance Dore.



                Bardzo zaciekawiły mnie słowa znanej blogerki modowej Garance Dore. Jak to? Czy pewność siebie nie wynika przypadkiem z wnętrza człowieka? Czy nie jest wynikiem ciężkiej pracy z psychoterapeutami, bezustannymi rozmowami z Duszą, czytaniem tysiąca poradników jak uleczyć wewnętrzne, zastraszone dziecko? No chyba, że… ktoś to dostał po prostu w PAKIECIE od Boga i to po prostu ma – szczęśliwiec. Chyba znam przynajmniej jednego takiego szczęściarza. Kupiłam Glamour, jako osłodę ciężkiej nocy (bo nie przespana kolejna) lecąc na Cypr. Tam znalazłam i przeczytałam artykuł Alicji Szewczyk Garance Dore zaczyna od nowa. I już następnego dnia po przylocie do hotelu przekonałam się, że ubrania mają wpływ na poczucie własnej wartości – szczerze - nigdy wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Kocham ubrania miłością szczerą i bardziej traktuję je, jako „dzieła sztuki”. Nie uważam, że obraz jest cenniejszym dziełem niż piękne ubranie. Mówię o pięknych ubraniach – takich, które powodują u mnie zachwyt i wzbudzają miłość do projektanta i wykonawcy. Dlatego często kupuję ubrania, jak szalona kolekcjonerka zagracając coraz to nowe przestrzenie i często nigdy ich nie nosząc. Ale… w domu… w pracowni, ubrania moje przypominają stylóweczkę bezdomnego. Nie dość, że często poszarpane, upaprane farbami, śmierdzące olejem lnianym, pewnie zamieszkują je różne pasożyty, bo nasze zwierzaki, szczególnie Spineczka przygarnięta przez moją córeczkę ze schroniska (zdobyła jej wrażliwe serduszko, bo była najbardziej oblepionym odchodami innych, większych piesków, podeptanym psim niemowlaczkiem). Spineczka natychmiast po przyniesieniu do domu nowego ubraniowego nabytku postanawia je udomowić i niepostrzeżenie używa pięknego dzieła sztuki jako swojego nowego posłania i jest w tym rytuale przeurocza, że nie można jej wyciągnąć dzieła spod pięknej niewinnej mordki. Często też pieczołowicie i z ogromnym zapamiętaniem zakopuje swoje zdobycze w moje zdobycze ubraniowe. Kiedy zbiorę siły, żeby uporządkować, choć parę ubrań, odkrywam skarby.  Spineczkowe stare, wyschnięte bułki lub kości sztuczne, ukryte na czarną godzinkę przez zapobiegliwą, cudną suczkę z powiewającym na wietrze, charakterystycznym ogonem konika, choć bez wiatru ogonek też dzielnie powiewa.

Spineczka

 Spineczce ewidentnie ubrania dodają poczucia własnej wartości. Z drugiej strony – skąd jej zainteresowania ciuszkami? Może poprzednie wcielenia wywarły piętno… Sorki, zboczyłam z tematu.
Więc… w mojej pracowni ubrania rządzą się swoimi prawami. Kocham moje podarte, przypalone (bo często wygrzewam pupę przy kominku) niepierwszej czystości ubrania. Często w mojej małej pracowni jest zimno, więc czasami kupuję takie same swetry w dobrej cenie i zakładam kilka na siebie...

Psy Spineczka i Dziewczynka oraz kotka Bąbelina


… żeby przetrwać zimę, a w moim kominku, który bardziej przypomina blaszaną „kozę” lub część parowozu, kojarzy mi się często z jakimś urządzeniem służącym do palenia i ogrzewania nieziemsko zimnego pociągu, którym kiedyś podróżowałam po Rumunii, chyba za czasów panowania strasznej rodziny Ceausescu – otóż w moim kochanym kominku wielokrotnie nie mogę napalić, ponieważ otaczają go szczelnie piętrzące się obrazy, które gdzieś są przewożone, aktualnie malowane, potrzebne, a potem nie ma siły powtykać je do magazynku lub do innych przechowalni.
I teraz mogłabym opowiedzieć o piętrzących się trudnościach w wynoszeniu obrazów do magazynku, ponieważ inne – cudne zwierzę uczyniło sobie ze świątyni przechowywania sztuki – dużą na ile chwilowo jest przejścia w magazynku często uczęszczaną kuwetę, o zgrozo… ale nie będę odchodzić od tematu, który pogrążył mój umysł w pierwszych dniach pobytu w Larnace…

Ciąg dalszy nastąpi...
Prześlij komentarz