czwartek, 8 grudnia 2016

Madera - wymarzone miejsce na wakacje


W poprzednim wpisie zakończyłam o tym, że uwielbiam wędrować a oto powód. Otóż największą przyjemnością jest dla mnie poznawanie.




RADOŚĆ POZNAWANIA

A poznaje TAM wszystko, psy ujadające, przejechane węże czy żmije, rodzinne rezydencje ogromnych szczurów [na przykład na wyspie Korfu, gdzie szczury są  wielkości królików (a ja mam ogromną fobię na myszki i szczury) więc przemierzanie ich rezydencji było i jest dla mnie dużym wyzwaniem]… 

Tak też myślałam w Dubaju, gdzie bardzo duże odległości przemierzałam pieszo, często nocą, często w strachu czy „się nie pogubiłam?” Czasami biegnąc, bo bałam się, że jest już bardzo późno i może być niebezpiecznie w kraju muzułmańskim. … Jednak moja „ciekawość świata” i upartość, że dam radę „dojść sama”, „brały górę” i z „sercem na ramieniu” dreptałam. Czasem pytałam "złych muzułmanów" o drogę… ale na szczęście spotykałam tylko „tych dobrych” oczywiście nie omieszkali oni rzucić miłego komplementu, ale na szczęście spotkałam tylko miłych, "dżentelmeńskich muzułmanów" w Dubaju (inspiracją z Dubaju, było namalowanie przeze mnie jednego z moich ukochanych obrazów, o którym napiszę w następnym poście). 

 


… A wczoraj …. zamiast „po Bożemu” zjeść kolację, spakować się , umyć i iść o „normalnej” godzinie spać.. to nie.. nie udało się JAK ZWYKLE…  Ale dążę do „doskonałości!”. Około południa jak z trudem ( bo zawsze „grzebie się” strasznie zanim „wypełznę” z pokoju hotelowego a często przez permanentny deficyt snu i duże ilości kofeiny z rana, żeby „zafunkcjonować”, żeby „mózg zechciał działać” i problemy z kręgosłupem szyjnym wyeksploatowanym przez lata pracy architektonicznej i złej postawy, ciągle lekko przygarbionej…. Miewam niestety depresje i wcale nie z powodu, że świat jest zły… bo świat jest dobry i zły… Jest szczęściem i nieszczęściem… ale przez to, że ciągle czuję się źle, bo ciągle „coś” mnie boli lub jestem bardzo nieprzytomna albo absolutnie nieprzytomna do granic wytrzymałości człowieczej, bo chciałabym wtedy błagać o „nieistnienie”, ale nie mam siły… 





JEŚLI BYĆ BEZDOMNYM, TO TYLKO NA MADERZE

Ale wczoraj byłam szczęśliwa i „żyłam” i radowałam się pięknem świata , cudną wiosenną pogodą na przepięknej wiosennej wyspie (zapraszam do obejrzenia mojego filmiku z wyprawy na najwyższy klif na Maderze!)… Myślę, że  powinnam mieszkać na tej pięknej, rajskiej wyspie najlepiej w stolicy Funchal lub w pobliżu, bo uwielbiam atmosferę dużego miasta, dużą ilość kawiarni, sklepów, kościołów, placów, przechadzających się turystów, uwielbiam ludzi, ruch, gwar, zgiełk, i luksus, bo Funchal jest miastem luksusu.
Przede wszystkim czyni to pogoda… bo nawet gdy pada i wieje, to co chwila wyziera słońce i daje nadzieję na lepszą aurę no i miasto.. zadbane, czyste, pełne zabytków  z przepięknym portem i górującym nad nim wzgórzem ze sławnym Kasynem otoczonym uroczym parkiem z perfekcyjnie zadbaną egzotyczną roślinnością. Ale są tam również bezdomni i to wielu, mieszkających na ławeczkach, proszących o wsparcie. Myślę, że jeśli musiałabym być bezdomną, to chciałabym być nią na Maderze, bo mrozów tu nie uświadczysz… a z pobliskich plantacji jakiegoś niedojrzałego banana da się "przechwycić". 





…. Kiedyś opiszę los „znajomego” bezdomnego w Polsce, któremu zamarzły nogi w jego rezydencji pod schodami na zapleczu apteki.  Ludzie śmiali się z niego, że „załatwiał się” do kartonu.. ale w Polsce nie są popularne „zadbane”, darmowe toalety publiczne a na Maderze... takowe istnieją… może nie w nadmiarze, ale są czyste i zadbane.
… Ciężko mi się skupić na tym, co planowałam napisać, bo pochłania mnie każda kwestia, każda przepływająca mała myśl, która napływa jak mała niewinna chmurka po chwili przeistacza się w nawałnicę myśli. Dlatego często opisywane przeze mnie „historie” mają tylko POCZĄTEK… czasami nawet ciężko się czytelnikowi zorientować… jest to początek? … ale.. JAKIEJ OPOWIEŚCI??? Czasem widać tą osobniczą skłonność do … początku… w moich obrazach… zafascynuje mnie proces tworzenia… pogrąży bez reszty, do utraty zmysłów… Przenoszę się do świata zaczynającego się pojawiać na płótnie… i… czasami sama… czasami pomaga mi Radek, Venessia lub przypadkowy widz "SPEKTAKLU JEDNEGO AKTORA"… zostawiam „POCZĄTEK”, bo jest ŚWIEŻOŚCIĄ, CZYSTOŚCIĄ, NIEPRZEGADANY MANIERYZMEM, BIJE BLASKIEM WSTAJĄCEGO PORANKA, NADZIEI NA PIĘKNY DZIEŃ… UCHWYCONY W CZASIE… POCZĄTEK…







OBRAZ MOŻE UNIESZCZĘŚLIWIAĆ 
 
Obraz – powinien wzbudzać EMOCJE – RÓŻNE… ZACHWYT, MELANCHOLIĘ, RADOŚĆ, SMUTEK, CIERPIENIE…. SĄ TO UCZUCIA MALARZA PRZELANE NA PŁÓTNO i nie oceniałabym obrazu od ilości  zużytej farby i spędzonego czasu przy nakładaniu kolejnych warstw. …to holenderscy mistrzowie… i minione epoki, gdzie liczył się WARSZTAT i ilość WYSIEDZIANYCH GODZIN przy obrazie… dziś… na szczęście dla malarzy i ich koneserów oprócz oczywiście ogólnie rozumianego RYNKU SZTUKI, gdzie obrazy są ogromnym rynkiem światowego biznesu… ale dla przeciętnych nieopływających w miliony dolarów inwestorów, których nie stać na dzieła Rothko (więcej o tym artyście przeczytacie tutaj)…. czy Georgii O’Keeffe (po więcej zapraszam tutaj lub tutaj), …. To mówiąc kolokwialnie … przeciętny odbiorca pragnie… „coś czuć” wydając w jego rozumieniu duże pieniądze… chce czuć... RADOŚĆ PATRZENIA… PRZENOSIĆ SIĘ ZA KAŻDYM SPOJRZENIEM DO „ŚWIATA LEPSZEGO”… choć jak zwykle to stwierdzenie zdawałoby się PRAWDĄ a NIE JEST… OBRAZ MOŻE UNIESZCZĘŚLIWIAĆ..  przekonałam się kilkakrotnie na tak zwanej „własnej skórze”… Ostatni raz kiedy bardzo unieszczęśliwiało mnie CZYJEŚ „DZIEŁO” był to „OBRAZ” wiszący w moim pokoju, w moim uroczym hotelu na Maderze, z którego właśnie wracam do Polski. Dzieło to wisiało niestety nad uroczym stolikiem, przy którym starałam się spędzać piękne chwile, jedząc najpyszniejsze kolacje (codziennie takie same), przeżywając kosmiczne „orgazmy jedzeniowe” i widokowe, bo przez okno miałam przepiękny widok na Funchal i pobliskie zjawiskowo piękne wzgórza, ale moje ODLOTY ORGASTYCZNE były dopóki, niechcący nie zerknęłam na „DZIEŁO” wiszące nad moim uroczym stolikiem… więc wiem, że można CIERPIEĆ… patrząc.. na obraz, ale to nie cierpienie uduchowiające , wprawiające w stan zadumania  nad losami człowieczymi, okrutnością wojen,… to cierpienie z powodu oprawionego w ramkę NIC ale nie NIC, wprawiającego w melancholię, to NIC sprawia „WKURZENIE”… O BOŻE … DLACZEGO TO TAKIE BEZNADZIEJNIE BRZYDKIE i jak bardzo szpeci uroczy pokój na pięknej Maderze. 






  
JEDZENIE MOŻE USZCZĘŚLIWIAĆ
 
 A każdego wieczora z trzęsącymi się z głodu i podniecenia nie mogąc doczekać się najgenialniejszego jedzenia (gotowałam jednego lub półtora lub dwa ziemniaki lub bataty lub batata i ziemniaka zwyczajnego do tego genialnego już samego w sobie dania robiłam sałatkę z 2 pomidorów, pół cebuli, 1 ząbku czosnku, trochę startego imbiru i pestki awokado, do tego boska kurkuma i pieprz najpierw czerwony później biały, bo czarny mi się skończył… no i oliwa z oliwek… dużo oliwy z oliwek… dużo pysznej oliwy z oliwek, żeby aż sobie oka tłuste pływały swobodnie… i sól… ja miałam najgenialniejszą, bo himalajską, ale może być każda, aby słona). ODLOT… SPRÓBUJCIE… CAŁY uroczy stolik upaprany w warzywnych skórkach …. I wtedy smakuje najlepiej… w takim nieładzie artystycznym… ale to jedzenie ma swoje minusy… od tych ogromnych batatów urósł mi okrąglutki, przypominający batata "brzuchol"… więc może w Polsce… spróbujemy coś zrobić z tym batatem :) :)




No właśnie w Polsce! Ja już muszę wysiąść z samolotu, więc opowieść jest chwilowo przerwana (prawie wszystkie zdjęcia są zmontowane w filmik, który znajdziecie tutaj) i może nie na 100% będę ją kontynuowała kiedyś... ;)
Prześlij komentarz