sobota, 11 lutego 2017

Jedno oko na Maroko (1)

Kiedy z początkiem listopada w moim sercu zapanował chłód i oziębłość w kontaktach z innymi ludźmi, a w głośnikach zamiast przaśnych, wesołych pioseneczek nastały smutne, mroczne teksty Joni Mitchell – jedyne co poprawia mi nastrój i jest niczym światełkiem nadziei, że za trzy miesiące znowu słońce zaświeci a ja zrzucę kurtkę zimową – są wspomnienia z podróży do Maroka. Chciałabym raz jeszcze mieć jedyny problem, jakim jest waga plecaka…

Moja historia zaczyna się pod koniec stycznia ubiegłego roku, kiedy rozpoczęła się moja pierwsza samotna podróż do Afryki, do Maroka. Największym katalizatorem, który spowodował taką a nie inną decyzję była książka „Dom w Fezie”, opowiadająca o dwójce Australijczyków,  którzy zakochali się w malowniczych, krętych uliczkach tytułowego miasta i zdecydowali się rzucić wszystko i kupić ów dom.  Postanowiłam sprawdzić czy Fez ale również inne miasta są faktycznie tak urokliwymi, że można rzucić wszystko i zacząć swoje życie na nowo tym razem w Maroku.

Dziś na pierwszy plan wysuwam stolicę Maroka-Rabat.  Pojechałam tam po kilkudniowej wizycie w Fezie.Po trzy godzinnej wyprawie czystym, zadbanym pociągiem, który nie miał żadnego opóźnienia wysiadłam na dworcu Rabat Ville. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to czystość, o którą ciężko było w Fezie. Ale również zauważyć można, że jest mało turystów i tak jak w Fezie byłam chodzącymi eurosami dlatego nie opuszczałam Mohsina ( mojego hosta)  na krok, tak w Rabacie stałam się niewidzialna, nikt do mnie nie podchodził, nikt nie chciał mi nic sprzedać.  No raj! Mogłam na spokojnie chodzić sobie po uliczkach nie myśląc o tym, że za chwilę będzie mnie otaczać grono nachalnych wielbicieli.


Bracia u których nocowałam pracowali w ciągu dnia, także nie mogli ze mną spędzić tyle czasu, ile by chcieli, ale nie przeszkadzało mi to zupełnie, ponieważ wieczorami razem z ich znajomymi wychodziliśmy na miasto, by coś zjeść.  To było również było jednym z powodów, że mój pobyt w Rabacie nieco się przedłużył.  Już pierwszego wieczoru wszyscyśmy poszli do kafejki na powitalny posiłek.


Miałam swój pokoik, ale i tak większość czasu spędzałam na zewnątrz (kiedy w Polsce była jeszcze minusowa temperatura – ja mogłam rozkoszować się ponad 20 stopniową pogodą), gdzie mogłam sobie chodzić sama czy to po Medynie czy zapuszczać się w inne rejony miasta, ponieważ w stolicy stałam się częścią miasta.Każdego dnia wstawałam wcześnie rano, szłam do sklepiku, gdzie kupowałam sobie śniadanie i szłam by szamać je na promenadzie przy Oceanie Atlantyckim, obserwując przy tym spacerujących ludzi. Wydaje mi się, że to był taki mój codzienny rytuał.




Ale być w Rabacie i nie zobaczyć wieży Hassana, to jak być w Watykanie i nie zobaczyć papieża. Poważnie. Jest to najbardziej znany zabytek w stolicy Maroka. Jest widoczny z każdego krańca miasta, także nie można się zgubić w mieście. Przynajmniej zawsze się starałam iść w stronę wielkiego minaretu, kiedy nie byłam pewna gdzie jestem. Z tego co wiem, miał być to jeden z największych meczetów na świecie, ale wraz ze śmiercią sułtana zaniechano budowli i teraz jest jedynie symbolem miasta. 



Naprzeciwko od wieży Hassana znajduje się Mauzoleum Muhammeda V przy każdym wejściu stoi wartownik odziany w tradycyjny strój. Owe mauzoleum jest miejscem spoczynku zmarłego sułtana Muhammada V i jego dwóch synów Hassana II i Mulaja Abdullaha. Co prawda do głównego pomieszczenia, gdzie znajduje się grobowiec Muhammeda wejść nie można, jednak można to wszystko zobaczyć z galerii widokowej. Sam wygląd mauzoleum jest w kształcie kaplicy z zielonym dachem, który symbolizuje Islam. 




Zwiedziwszy Mauzoleum, warto udać się deptakiem wzdłuż rzeki Wadi Bu Rakrak, gdzie można „podziwiać” charakterystyczne niebieskie łódeczki za pośrednictwem których można przepłynąć na drugą stronę do Rabat Sale, miastecka, które przez kilkaset lat należało do piratów, ale również liczne statki, które zamienione są w restauracyjki. Maszerując deptakiem możemy dotrzeć do kasby Al Udaja, czyli fortecy, której głównej zadaniem była obrona miasta. Do kasby można wejść dwoma bramami, jedną położoną niżej i wielką widoczną u szczytu schodów. Ja wybrałam tą większą. Po wejściu na prawo było wejście do Ogrodów Andaluzyjskich. Coś pięknego. Może nie ma tu dużo rzeczy do zwiedzania, aczkolwiek warto kupić sobie jakąś słodycz i spocząć na ławeczce i posłuchać świergotu ptaków. 






Sama Kazba al-Udaja to dwunastowieczna cytadela wybudowana około 1150 roku w Rabacie, dziś stolicy Maroka, przez dynastię Almohadów. Kazba znajduje się na wzgórzu. Jest to plątanina uliczek i zaułków z przyjemną biało-niebieską zabudową. Myślę, że warto ponieść się i pospacerować uliczkami, nie zgubimy się, a  trafimy do kawiarenki z widokiem na ocean albo na taras z którego rozciąga się widok na ujście rzeki  i położoną na jej drugim brzegu miejscowość Salé.






Agnieszka Goździk
Prześlij komentarz