wtorek, 3 stycznia 2017

Impresje Cypryjskie






HISTORIA CYPRU
Siedzę sobie na przystanku w Larnace bardzo nieprzytomna i nie do końca zdecydowana… czy mam jechać dziś do Nikozji (stolicy Cypru) czy zostać w Larnace, czy może pojechać do Ajia Napa a może do … małej miejscowości, w której mieszkają dwie panie poznane na przystanku. I martwię się, że jednak nie wzięłam swojej czarno – białej chusty, bo mogłabym przykryć nogi, bo trochę głupio się czuję z gołymi nogami, a trochę za ciepło jest żeby założyć getry.  Moje małe zmartwienia… No i nie wzięłam ze sobą paszportu; w ogóle o tym nie pomyślałam, więc nie będę mogła przejść do Tureckiej Nikozji. Wszak do lat 60. dwudziestego wieku cała piękna wyspa znajdowała się pod brytyjskim panowaniem i była zamieszkiwana przez Greków, ale i Turków.  W wyniku zamachu stanu na Cyprze więcej niż jedna czwarta ludności mieszkańców została najprościej mówiąc usunięta.  Podczas masakry na ludność – najazd turecki zakończył się proklamowaniem uznawanej jedynie przez Turcję - Tureckiej Republiki Cypru Północnego i podziałem wyspy. Dramat. 


No i popijam winko pyszne, czerwone z plastikowej zmiażdżonej butelki, która wcześniej służyła mi, jako prowizoryczny termofor. Źle spałam dzisiejszej nocki, za długo malowałam wczorajszego wieczora i byłam bardzo szczęśliwa z tego malowania, bo pięknie mi „wyszły” oczy… a to „szczęście” późno wieczorne… nie wróży u mnie „dobrej nocy” i następnie „dobrego dnia”.
… I tak jest ciągle… i nie potrafię oprzeć się „niezdrowemu szczęściu”.  Późnowieczornemu lub późnonocnemu, bo i tak bywało.  Może dziś będzie lepiej, prawie na 100% będzie lepiej, bo zauważyłam nie tylko ja, ale zauważyła to też moja córeczka, że co drugi dzień u mnie jest „lepszy”… a czasem nie miewam w ogóle „lepszych” dni. Żyję całymi dniami jak „zombie” … na pograniczu istnienia i nieistnienia…. I to „istnienie” sprawia ogromny ból.



DBAJMY O NASZĄ ZIELONĄ PLANETĘ
Ale to dziś będzie dobrze… jestem na wakacjach i właśnie wsiadłam do autobusu do Nikozji i będzie pięknie.  Siedzę n32a pierwszym siedzeniu w mojej ukochanej pozycji, stąd pięknie widać świat. Chyba kupując bilet..  „Chuchnęłam” panu kierowcy pysznym, głogowo – czerwonym, najtańszym w mieście winkiem – prosto w twarz… i nie wiem czy podróżny może pić wino w cypryjskim dalekobieżnym autobusie…, ale ja „zakamuflowałam” moje winko w pogniecionej, plastikowej, znalezionej na plaży butelce, (bo staram się dbać o cudną planetę Ziemię i nie jest to piękne, gdy zamiast roślinek w oliwnym gaju wyrasta plastik obok plastiku). Dlatego staram się, aby każdy plastik w moim użyciu był wykorzystany wielokrotnie lub odłożony do utylizacji wiem, że wszyscy wyzywają mnie od „ głupków”, bo mówią, że posegregowane plastiki trafiają na wspólne śmietnisko…, ale „dobro” zaczyna się od małych czynów i są entuzjaści dbającej o naszą zieloną planetę i osiągają olbrzymie sukcesy.




Przez całe życie miałam obawy i jeszcze nie przestało mnie to tak do końca dręczyć…, bo przez moje długie 55letnie życie przeszłam bardzo z prawie zerowym poczuciem własnej wartości i ciężko będzie mi je zbudować od nowa, ponieważ 18 lat nie spałam i mam absolutnie wyniszczony przez niespanie, anoreksję i bulimię inne choroby organizm i taka niemoc „normalnego” życia, powoduje, że nie czuję się człowiekiem, mogę tylko udawać, bo nikt nie zrozumie, kto tego nie doświadczył. Ale to jest „MOJA HISTORIA”. Tak napisana i chcę opowiedzieć ją po swojemu „bez ściemy”.




 I przybyłam do Nikozji, dziwnej stolicy z granicą pośrodku miasta, rozdzielającą dwa światy.  Świat Turków trochę nachalnych i trochę prymitywnych, sorki, czasami bardzo prymitywnych, przynajmniej, jeśli chodzi o facetów, którym religia i kultura wypaczyła mózgi, pewnie jest to niezupełnie sprawiedliwy osąd i nie wszystkich Turków dotyczy. Kiedy byłam z moją córeczką w tureckiej części Cypru w pobliżu Kyrenii poznałyśmy uroczego Turka, który chyba trochę był zachwycony moją osobą i troszeczkę ja zauroczyłam się jego szarmanckim zachowaniem iście pięknym angielskim z arystokratyczną nutką dostojności. (Piszę podczas powrotu do Larnaki i jest dość ciemno, więc czasami mogę napisać coś dwa razy, ponieważ nie widzę dokładnie tego, co wcześniej napisałam…)
a jednocześnie przez swoją prymitywność bardzo fascynujący, bo inny, a my ludzie lubimy poznawać inność, o ile ta inność jest przyjacielska, nie wroga. 




"ZALOTY"
…. Kilka razy wybrałyśmy się z moją córeczką na wycieczkę w pobliskie góry i doszłyśmy do małej wioski i jakichś dwóch młodych chłopaków waliło bardzo głośno młotami w coś… i nagle, gdy ujrzeli dwie kobietki w tym jedną przepięknej urody w ładnej, dziewczęcej sukieneczce – to potraktowali nas, jako zjawisko nadprzyrodzone, – jako cud od Allaha i zamarli w bezruchu i osłupiali…. I to było takie urocze, bo w Polsce nikt nie traktuje kobiet czy dziewczynek ładnie ubranych, jako „anioły od Boga”.
… Opowiem jeszcze o „zalotach” tubylców w Tureckiej części Cypru… takie „zalotowe impresje”…

Pan „sklepikarz”, któremu „wpadłam w oko”, gdy spytałyśmy czy ma wodę bo nie mogłyśmy znaleźć w sklepiku – zaprowadził nas do swojego magazynu i pokazał całe palety wody – uroczo udając obrażonego. „Ja nie mam wody?”  Delikatnie nie omieszkał musnąć mojego dość odkrytego ciała. 

Innym razem wyraźnie popisywał się jazdą skuterkiem – wyskakiwał nim w powietrze a na tylnym siedzeniu miał małego ok. 6 letniego, chyba zachwyconego wyczynami tatusia, chyba synka… 






…. Któregoś dnia poszłyśmy z Vanesską na dość odległą od naszej miejscowości plażę. I Plaża okazała się rodzimą własnością Turków.  I tu Vanesska traktowana była jak Królewna, choć ona zdawała się tego w ogóle nie zauważać. „Ziewała” nie racząc nawet spojrzeć się na chłopca ze 2 -3 lata młodszego od niej – uwijającego się wokół „Królewny”. Wysprzątał wokół każdy śmieć – przeniósł leżaki, zagadywał, był na „każde łaskawe skinienie”...

...Kiedyś wybrałyśmy się na kolejną wycieczkę w pobliskie góry i „padłam z głodu” to znaczy, że raptem tracę siły i nie mogę dalej iść, bo tak bardzo mi słabo „z głodu”… i postanowiłyśmy coś kupić… a w okolicy pustkowie, żadnego supermarketu… ale dotarłyśmy do jakiejś malutkiej miejscowości i o dziwo była tam jakby „restauracja” i ucieszyłam się , bo nie miałabym siły wrócić do domu. Zamówiłam jakieś danie na wynos jakby Kebap… ooooooj… tego nie dało się zjeść, to było obrzydliwe… jakaś ciapa o przedziwnym smaku. Po drodze spotkałyśmy wygłodniałą, miauczącą, cudną kotkę w ciąży. Próbowałyśmy poczęstować kotkę naszym kebapem… ale … stanowczo odmówiła… wolała głodować… 

...Kilka razy zgubiłyśmy się w naszych „górach” ( tak naprawdę były to niskie górki z małymi wioskami w pobliżu naszego hotelu) i z duszą na ramieniu „krążyłyśmy” przerażone, nie wiedząc w którą stronę pójść… kiedyś… "zbłądzone", nie mając pojęcia czy podążamy we właściwym kierunku, a trzeba zaznaczyć, że akcja działa się późnym wieczorem a nawet w nocy… co potęgowało napięcie i strach u dwóch „dziewczynek” absolutnie pozbawionych zmysłu orientacji … i weszłyśmy do jakiejś wioski…. I przechodzimy „zagubione” koło zbiorowiska ciemnych, "strasznych", młodych Turków…, ale zebrałam się na odwagę i grzecznie prosiłam o wskazanie kierunku powrotu… i okazali się mili i jak umieli, tak pomogli. Więc nie każdy Turek jest straszny....

I na razie to tyle o Cyprze…, ale będzie więcej…, bo działo się więcej….  Przybyłam do Nikozji… przez cały tydzień pobytu nie byłam głodna, bo bardzo się rozchorowałam, a w chorobie nie chce się jeść, a tu tuż po przyjeździe do Nikozji „padłam z głodu” i odwiedziłam miłego pana Turka i kupiłam Kebaba. Zjadłam zachwycona i podzieliłam się z „wygłodniałymi” kotami cudnej urody…;)








Prześlij komentarz