piątek, 27 stycznia 2017

Czasami "zdycham ze szczęścia"...

 Moje wspomnienia z pobytu na wyspie Korfu - wiosna 2015 rok


Jestem na najpiękniejszej plaży w Kassiopi na cudnej greckiej wyspie Korfu.  Byłyśmy tu parę lat wcześniej z moją ukochaną córeczką i był to bardzo trudny okres mojego i mojej córeczki życia, o czym na pewno napiszę, ale niestety nie wiem kiedy, bo jestem zupełnie nieprzewidywalna w  moich działaniach... ale... Ale... Jak zwykle nie „o tym”.  Chciałam napisać, że byłyśmy nieopodal tego cudnego miasteczka 2 tygodnie i nie przyszło nam do głowy, żeby przejść kilkadziesiąt metrów w górę uroczego portu, gdzie po chwili króciutkiego spaceru ukazałaby nam się cudna plaża, gdzie turkusowo – niebieska woda pięknie kontrastuje z owalnymi białymi kamieniami. Delikatnie przesłonięty mgłą widok na Albanię (stąd podobno jest tylko 2 km) z wysokimi surowymi górami zachwyca. Jedynym minusem tej plaży jest dość zimna woda w porównaniu do Rody, Sidari, Arillas.








…. I poleżałam troszkę nie bardzo mając siłę na delektowanie się pięknem urokliwego miejsca, bo był to jeden z tych dni, gdzie mój mózg działa słabiej i jestem na pograniczu życia i "nieistnienia" i to niestety  nie jest łatwe, bo bardzo ciężko jest "istnieć" jeśli mózg jest w stanie "bólu egzystencjalnego" i z trudem ogromnym podejmuje próby życia. Nazywam to istnienie fazą „zombie”. Choć nie wiem czy "istnienia" cierpią, próbując żyć. Ja niestety bardzo, bardzo cierpię i jest to nie do zrozumienia dla kogoś, kto nigdy tego zjawiska nie doświadczył. Ale mam taką „przypadłość” zapadania w chwilowy „ból istnienia”, „nieprzytomność”, bo to nie jest „nieistnienie”, po prostu jestem bez czucia w powalającym bólu „niemocy”… Ale istnieją takie dni (niestety na razie bardzo rzadko) i istnieją takie części dni, gdzie mój mózg kochany odzyskuje życie. To tak, jakby wyrwał ktoś, kto pieli warzywa "perz", który ma nieskończoną ilość odnóży, oplatających roślinki inne i nie pozwalający  na życie pełną piersią... Bądź tak jakby czarodziejska wróżka różdżką dotknęła i tchnęła życie w umierającą z bólu roślinkę. 






I teraz mam tą przyjemność  „istnienia”  i szczęście gości w moim ciele. Czekam na „zaczarowanym” placyku w Kassiopi na autobus do Sidari. Placyk jest uroczy i zawsze  można znaleźć tu odrobinkę cienia, który jest bardzo pożądany latem w Grecji.  Spędziłyśmy na tym placyku z moją ukochaną córeczką dużo czasu kilka lat temu na czekaniu na autobus, który czasem niestety się nie pojawiał.  Ale nie byłyśmy z tego powodu bardzo sfrustrowane.  Pisałyśmy smsy, miałyśmy chyba coś do czytania, choć tego nie pamiętam... Jest tam supermarket, więc jeśli tylko na „coś” miałyśmy ochotę, to kupowałyśmy „coś” sobie i „delektowałyśmy” się czekaniem..
.
Zdarzyło się,  że  nie doczekałyśmy się busa, mówiłyśmy trudno i tak było fajnie, i szłyśmy na piechotę lub wypożyczałyśmy rowery…

Ten dzień o którym piszę nie był genialny.  W Kassiopi  byłam krótko, bo musiałam zdążyć na ostatni bus do Sidari i bardzo nie chciałam się spóźnić, bo poprzednim razem goniłam busa, który niestety nie zatrzymał się, a moją osobą zainteresowali się wszyscy wokół i chyba wzbudziłam powszechną litość... I jak zwykle pomyślałam, że znajdę jakiś nocleg w Kassiopi i spokojnie poszłam po moje niezapłacone pomidory (całą torbę wybrałam, bo były pyszne i o połowę tańsze niż w Agios Stefanos) kakao i kawę. Pani miła odłożyła moje zakupy na drugą kasę i nie musiałam od nowa wybierać pomidorów.  W tym czasie pomyślałam, że pojadę do Korfu – stolicy wyspy Korfu i tam znajdę tani hotel, bo bardzo chciałam tam pomieszkać  w tym pięknym mieście.  Wsiadłam więc do autobusu jadącego do Korfu i na wszelki wypadek, ot tak znając  odpowiedź,  spytałam czy będzie jeszcze autobus do Sidari, ku mojemu zdziwieniu kierowca powiedział, że tak i żebym spojrzała na rozkład jazdy. Zdziwiona i zszokowana, i szczęśliwa, przeciskałam się przez tłum wchodzących do autobusu turystów. W Sidari popływałam chwilę obok Canal d'Amour ale nie była to „euforyczna” kąpiel jaka czasami mi się zdarza... Wtedy czuję każdą komórkę mojego „jestestwa”, że „zdycham ze szczęścia”, a ja uwielbiam „zdychać ze szczęścia”... 
Ciąg dalszy przygód na Korfu w następnym wpisie...




Prześlij komentarz