wtorek, 22 listopada 2016

Impresje z...

Teneryfa, fot. archiwum prywatne

Wracamy samolotem z tygodniowego pobytu na Teneryfie. Mieszkałyśmy w miłym, jak na nasze potrzeby luksusowym hotelu w pobliżu Playa la Arena. Ogólnie było cudnie, bo piękna pogoda każdego dnia, słońce, cudne widoki, piękny hotel z dwoma pokojami, zupełnie nie oczekiwałyśmy, że będziemy miały osobne sypialnie. Z pokoju dziennego, czyli sypialni Vanesski rozciągał się piękny widok na ocean i hotelową knajpkę, w której leniwie spędzali czas wczasowicze przy hotelowym, średnio uroczym basenie. 

Teneryfa, fot. archiwum prywatne

Teneryfa, fot. archiwum prywatne


Było dziwnie przyjemnie, bo to trochę tak, że na świecie zagościła wiosna i dopiero oczekujemy pięknych upalnych dni, ale to oczekiwanie jest zawsze, przynajmniej dla mnie, najważniejsze. I pokoje stanowiły dużą przestronną całość, połączoną łazienką, co dodawało uroku, bo trzeba było się nadreptać, przemierzając całą przestrzeń. I to nie było tak, że zapierało dech w piersiach i pokoje i widoki na ocean, ale całość stanowiła o uroku miejsca i chwili.
Gościły lub mieszkały w okolicy gołębie piękne szare i wpadały czasem na okruszki. I to taki spokojny, łagodny, urokliwy, bez spektakularnych przygód wylot z moją ukochaną, piękną, mądrą córeczką. Teraz sobie pomyślałam, jaką to wszystko ma ciągłość i jak to wszystko, te kolejne zdarzenia są wynikiem poprzednich zdarzeń i stanowią niekończącą się opowieść… Niekończącą się, bo ta opowieść może się urwać na chwilę w chwili śmierci…, ale prawie każdy z nas jest przekonany, że przerywa się tylko na chwilkę… 



Teneryfa, fot. archiwum prywatne

Teneryfa, fot. archiwum prywatne

Teneryfa, fot. archiwum prywatne

Teneryfa, fot. archiwum prywatne


Więc siedziałam prawie trzy tygodnie przy komputerze, szukając najciekawszego wylotu, zważając na pieniążki, jakie mogłam na wylot przeznaczyć. Ojoj, a tak w ogóle to byłam spakowana na dwutygodniowe wczasy warzywno – owocowe nad polskim morzem i walizka leżała na środku kuchni, czyli mojej pracowni malarskiej, czyli mojego pokoju gościnnego, czyli mojej rezydencji.
I zrobiłam wszystkie niezbędne (według mnie oczywiście) zakupy na wczasy nad polskim morzem w lutym, czyli puszystą czapkę z futra, na szczęście sztucznego, ale wyglądałam w niej jak puszyste, dziwne i zabezpieczone przez zimnem zwierzątko. Kupiłam dwie kurtki: jedną piękną, kolorową, leciutką i drugą czarną z kapturem puszystym, że niby dwie nad polskie morze w lutym średnio zimowym, ale lepiej tak naprawdę wziąć trzy kurtki… i tak zrobiłam, bo dwie leciutkie niebiesko – różowe śliczne, urocze i ta trzecia z kapturem puszysta, bo jakby bardzo wiało… i rudo – brązowa puszysta czapa zwierzako podobna i dwie czapki beżowe śliczne z bąblami i różowa puszysta opaska zwierzaczkowi na uszy, urocza, dobra na gorączkę… jakby przewiało… no i przewiało, a tak naprawdę to po dwóch tygodniach pakowania i kupowania „niezbędnych” rzeczy na wyjazd, na trochę „straszne” wczasy warzywno – owocowe… i ostatniego, ostatecznego dnia, którego już byłam zdecydowana na wczasy warzywno – owocowe, na które zdecydowanie mi się nie spieszyło i których tak naprawdę bardzo się obawiałam i bardzo niechętnie się tam wybierałam, zdesperowana, kilka razy do pani właścicielki dzwoniłam i przekładałam przyjazd. I powiedziałam pani, że ja to jestem raczej samotnikiem i że śpię do 12 w południe, że nie chciałabym grupowo wychodzić na spacery Nordic Walking o godzinie 7 rano. Przecież to środek nocy. I nie chciałabym ćwiczyć zbiorowo na piłkach w sali gimnastycznej… to pani na to, że samo jedzenie sałatek i gotowanych warzyw i siedzenie w pokoju to nie spowoduje oczekiwanych przeze mnie rezultatów, więc sugerowałaby…, że grupa się nawzajem mobilizuje…, więc… oj ojoj jak mi nie było po myśli… ja duch wolny niczym nieograniczony… Więc siły nadprzyrodzone się skrzyknęły… i zachorowałam na maxa… zaraziłam się od Radka, jak zwykle z resztą, zawsze się od niego zarażam… I nie dało się, na szczęście i na nieszczęście, pojechać na wczasy uzdrawiające… bo nie dało się ruszyć ani ręką, ani nogą, tak bardzo mnie „powaliła” choroba… I było bardzo ciężko, a jednocześnie bardzo się cieszyłam, że nie muszę jechać na wczasy nad zimne, ponure polskie morze z poranną, a właściwie to śródnocną gimnastyką z obcymi ludźmi. 

Teneryfa, fot. archiwum prywatne
Teneryfa, fot. archiwum prywatne

I… z ogromną namiętnością rozpoczęłam poszukiwania miłych, ciepłych, tanich wczasów w przepięknych krainach wiecznej szczęśliwości, gdzie bardzo często bywam i gdzie nie ma gimnastyki śródnocnej. Znalazłam wylot do Maroka chyba następnego dnia po zachorowaniu, ale Radek z Adamem, naszym kolegą i pracownikiem odradzili mi go. Powiedzieli, że to tak jakbym poleciała do Egiptu… a w Egipcie tubylcy gonili mnie i Karolcię, córeczkę mojej siostry na wielbłądach po „autostradzie”. Może to nie była autostrada, ale szeroka dwupasmowa droga. I uciekałyśmy dzielnie do naszego hotelu, a oni za nami. Teraz w stanie rozkładu na czworaka nie miałabym siły uciekać przed jakimś niewyżytymi „zboczuchami muzułmańskimi”. No i dobrze, że nie zdecydowałam się tam jechać, bo kilka dni później obejrzałam filmik na youtube, który przekonał mnie do końca. Mam nadzieję życia, żeby nie jeździć przynajmniej jak się jest chorym do krajów gdzie niepewni jesteśmy opieki medycznej. 

"Świętość Guanczów" olej, płótno, 80x160 (cm)


Filmik sam mi się włączył i to był najgorszy film, jaki w życiu wysłuchałam. Była to relacja pana, który wyjechał na wczasy do jakiegoś kraju muzułmańskiego i w pewnym momencie dostał niesamowitego, rozrywającego bólu w jamie brzusznej (szczegółów Wam oszczędzę...).  

Bóg jednak pokierował moim losem i jak często się zdarza w takich przypadkach, moje upragnione wakacje, w końcu pojawiły się w ofercie (wraz z przystępną dla mnie ceną).



"Lilia", 90x65 (cm)

"Liliana", 120,5x108 (cm)

"Kalia" 80x120 (cm)


Dzięki temu możecie podziwiać te zdjęcia oraz obrazy, które namalowałam dzięki inspirującym widokom oraz historii Teneryfy ;)

"Drzewo Guanczów", olej, płótno, 60x206 (cm)
Prześlij komentarz