poniedziałek, 19 września 2016

O Tulipanach i nie tylko...






Od zawsze zachwycają mnie kwiaty… i zupełnie nie ma to dla mnie znaczenia czy są to arystokratyczne róże, szlachetne, dumnie obnoszące się swą urodą, karmazynowe okazy, czy te turkusowe, którym dopomógł człowiek w uzyskaniu takiego koloru (choć nie chciałabym aby takie eksperymenty niszczyły naszą piękną planetę), czy te polne, cudnie wyrastające w najtrudniejszych warunkach, czasem z zupełnie wybetonowanej powierzchni, wydawałoby się zupełnie niestwarzających szansy przeżycia jakiejkolwiek roślince. Często tworzą tak niedoścignione urodą kobierce. Kwietne dywany olśniewają urodą najbardziej nieczułych na czar przyrody ignorantów. Czasem jadąc autostradą, która kojarzy się jedynie z koniecznością szybkiego przemieszczania się, nie spodziewamy się, że droga szybkiego ruchu może stworzyć czarodziejską, magiczną podróż wśród milionów maków polnych, dmuchawców, oleandrów i tulipanów. Sprawiają one radość podróży, zachwyt nieposkromionej przyrody olśniewającej swym pięknem. Pierwsze mlecze, jak miliony słoneczek, symbolizują najpiękniejszą porę roku w Polsce- wiosnę. Zamieniające się w czarodziejskie, delikatne, ulotne kule rozsiewają swą moc, moc ogromną, daną od Stwórcy, tak dostępną, by przy okazji leczenia swym pięknem duszy- leczyć chore ciało. Uwielbiam piękno dmuchawców. Na swoich obrazach, czasem próbując naśladować naturę, a czasem dmuchawce, jako abstrakcje, próbuję wpisać w nowoczesne wnętrza łącząc tym samym wielbicieli naturalizmu i abstrakcji. 




Często myślę, że kiedyś zapiszę się w historii malarstwa, jako malarka „zafascynowana dmuchawcami”- to nie do końca prawda, bo fascynuje mnie wszystko, co maluję. Jestem nieuleczalną fanatyczką malowania...      a oleandry sprawiające, że jazda „drogą narodową” na Krecie wydaje się jakbyśmy podróżowali w najpiękniejszym oleandrowo - różowo - biało - bordowym niekończącym się rozległym nieskończenie doskonałym ogrodzie.
Tam, w przeciwieństwie do polskich dmuchawców i maków, które same dbają o swą nieśmiertelność, to o oleandry na Krecie dba człowiek, i są takie miejsca, gdzie te kwiaty wyrastają wprost ze skał. Grecy wiedzą, że turyści nie przyjeżdżają tam dla doskonałych „autostrad”, przyjeżdżają, żeby cieszyć się tym, co najpiękniejsze i najprostsze, i co mamy od zarania świata: słońce, morze, proste jedzenie, proste życie, brzęczące dzwoneczkami kozy, te prowadzone przez pasterza zazwyczaj niewyglądającego na bogatego, ale kózki biegają po górach i mają słońce i powietrze, a nie są hodowane w „obozach zagłady” stworzonych przez człowieka... no i te dzikie, wolne, biegające zwinnie po skałach, często tak wysokich i stromych, że „umieramy ze strachu” o małe, cudne zwierzaczki, czy nie spadną ze strzelistych, niebezpiecznych skał... a one widzą jakąś na wpół uschłą roślinkę i dzielnie brną po swój posiłek...
Sens istnienia i współistnienia. Zjadamy się nawzajem - ale róbmy to z godnością i miłością... 



Tak to jest z moim pisaniem... miało być o tulipanach a jest jak zwykle o wszystkim - ale może zawsze jest szansa, że może ktoś z większą miłością będzie celebrował świat roślin i zwierząt, a w przydomowych ogródkach będzie miejsce dla „cudnych chwastów”, bo ludzie coraz częściej posypują, bądź spryskują chemią trawniki, aby broń Boże nie wyrósł wśród trawy dmuchawiec, a drzewa- to tylko tuje, bo nie trzeba grabić liści jesienią... a liście są tak niewiarygodnie piękne, kiedy zmieniają kolory, że chętnie oprawiłoby się je, w antyrame i podziwiało do przyszłej jesieni. Najgenialniejsze miejsce, gdzie dzikie kózki żyją nietknięte ludzką zachłannością, to ciepłe źródełko, Embros Thearme, na Wyspie Kos. Tam można nacieszyć oczy i duszę radosnym, a właściwie to normalnym, „ludzkim” współistnieniem człowieka i innych, trochę mniej „przebiegłych” mieszkańców tej planety. Kózki całymi rodzinkami wybiegają na drogę. po której jeżdżą samochody, autobusy i skutery- i nie widziałam, aby komukolwiek przeszkadzały śmieszne istoty radośnie celebrujące istnienie w przeuroczej scenerii gór, i morza, i nieba. Pokonując codziennie, niełatwą dla rowerzysty i pieszego, bo pełną ciężkich podejść w 30-40 stopniowe upały, mimo ogromnego wysiłku czułam jedność ze wszechświatem i Stwórcą podczas magicznych, codziennych zmagań ze stromościami...


 A wieczorem, gdy słonce szło na zasłużony odpoczynek, otwierało mi się serce ze szczęścia mając przed sobą drogę przez RAJ UTRACONY wracając do świata gdzie rządzi człowiek...
A tulipany... delikatne, aksamitne w dotyku nietrwałe, ale dające tak wiele radości, począwszy od bieli przez słoneczne żółte odcienie i kolory zachodzącego słońca, płonące pomarańcze sprawiają, szczególnie o zachodzie słońca płonące pomarańcze sprawiają, szczególnie o zachodzie słońca, i szczególnie, gdy są to całe gigantyczne pola płonących w słońcu tulipanów w tulipanowych holenderskim raju. A wnętrze tulipanów? Tu kłania się teoria. 






Prześlij komentarz