poniedziałek, 8 sierpnia 2016

„Jesteś naszą polską Georgią O’Keeffe”


Georgia O'Keeffe. 1918 rok. Zdjęcie Alfred Stieglitz.


„Jesteś naszą polską Georgią O’Keeffe”- powiedziała do mnie Tatiana Wojda, właścicielka galerii znajdującej się na Starym Rynku w Łodzi. Bardzo urokliwa i zupełnie zapomniana, piękna część Łodzi z ogromnym potencjałem rozwoju i ciężarem historii. 

Nie studiowałam historii sztuki tylko architekturę i urbanistykę, więc niestety nie wiedziałam, czy jest to komplement nobilitujący moją twórczość? Tak podejrzewałam... i bardzo spodobało mi się nazwisko, niestety nieznanej artystki. Po przyjściu do domu zapoznałam się oczywiście z genialną osobowością i twórczością najsłynniejszej artystki XX wieku- Georgii O’Keeffe. Fakt, jesteśmy podobne... na pewno nie osobowością, ale nasza twórczością- TAK!!! Przeskalowane do gigantycznych obrazów kwiaty... zniewalające swą doskonałością... czarujące... hipnotyzujące... zwabiające... żyjące, bo całym swoim jestestwem pragną podziwu... zwabiają... widzą... wabią, więc „ŻYJĄ”... 

W kwiatach Georgii od zawsze doszukiwano się kojarzeń z seksualnością człowieka, porównując rozchylone wnętrze do wabiącej waginy, a dumnie sterczące pręciki utożsamiano z narządami męskimi... „Wszyscy przecież już wiedzą, że te przeskalowane kwiaty to tak naprawdę intymny portret kobiety i jej erotycznych fantazji, rozłożony kielich równa się wagina, a pręcik to penis. Autorka najpierw potwierdzała: Myślę, że w kobiecie jest tajemnica, którą może odkryć tylko kobieta, i zaraz zaprzeczała: Jeśli ludzie w moich pracach widzą tylko erotyczne symbole, świadczy to tylko o tym, że jedno im w głowie.[1]

Jimson Weed / White Flower No. 1 - obraz sprzedany za 44,4 miliona dolarów, najdroższe stworzone przez kobietę dzieło sztuki w historii.

 A u mnie? Ileż to razy słyszałam o ogromie plemników zabiegających o względy purpurowych maków omamiających swą doskonałością. Czy miałam jakiekolwiek wizje erotyczne malując „pędzące plemniki”? Oczywiście, że nie - maluję tak, by sprawić przede wszystkim SOBIE jak największą przyjemność z samego procesu twórczego, jak i z „efektu końcowego” dzieła skończonego... Maluję tak... BY OBRAZ DAWAŁ MI JAK NAJDŁUŻEJ, A CZASEM WIECZNIE, UCZUCIE NIEKOŃCZĄCEJ SIĘ PRZYJEMNOŚCI, RADOŚCI,  POCZUCIA BŁOGOŚCI I ZACHWYTU. Niestety nie zawsze się to udaje... ale na szczęście często... Podobno ludzi najbardziej motywują do każdego działania nie pieniądze, nie słowa, nie zaszczyty... ale przyjemność, szczęście, zadowolenie... nawet jak maluję na jakieś konkretne zamówienie, to praca i efekt daje mi szczęście, oczywiście nie zawsze, bo czasem jestem bardzo przemęczona, gdy zapracowuję się „na śmierć” i przez kilka dni nie wychodzę z malutkiej,   śmierdzącej farbami i olejem, zagraconej do granic niemożliwości pracowni, lub gdy jestem nieprzytomna kilkanaście dni z rzędu... a muszę malować, bo przekroczyłam termin a pieniądze niestety się skończyły. 


 Uwielbiam kwiaty, wszystkie... i te powszechnie uznane za piękne - i te szlachetne, arystokratyczne dumnie podnoszące głowę, świadome swego piękna i dostojeństwa, rozbrzmiewające feerią kolorów, i tych danych od Stwórcy... i tych, gdzie w Boga pobawił się człowiek. Uwielbiam też te niedocenione, uważane za „chwasty” z drobnymi, często mikroskopijnymi płatkami, jak przepięknej urody kobiety nigdy niewidzące swojej urody, bo w czasopismach lansowane są tylko młode, długonogie po photoshop’ie... a tak bardzo zdobią naszą planetę.


 Kwiaty mnie hipnotyzują, sprawiają że życie jest piękniejsze, choć dusza moja wybrała je, jako powalająco trudne do przeżycia. Są tak delikatne, tak aksamitne, tak kruche i nietrwałe, że trzeba śpieszyć się z podziwem nad cudem ich nietrwałości. Kiedyś w jakiejś mądrej książce przeczytałam, że roślinki ze sobą ROZMAWIAJĄ, nie jestem pewna, ale na pewno ja do nich przemawiam jak najczulej sławiąc ich piękno, urodę i zapachy sprawiające rozkosz. niestety nie jestem doskonałą ogrodniczką... ale każdej wiosny wsiadam na swój bardzo „przetyrany” ukochany rower i pędzimy (ja i rower, on też ma radochę) po pierwiosnki, stokrotki, niezapominajki na łódzki ryneczek. Moja ukochana córeczka, zarażona od dziecka miłością do kwiatów, znosiła z pobliskich, opuszczonych działek, najpiękniejsze twory dzikiej, prawdziwej przyrody, tworząc przepiękne bukiety, niedoścignięte przez najlepsze kwiaciarnie światowej sławy...



Dużo podróżuję... wcześniej pisałam ten artykuł w samolocie lecąc do Splitu, zafascynowana artykułem o Georgii O’Keeffe w Harper’s Bazaar „Kwiat jej sekretu”... następnego dnia wylegując się na plaży... teraz siedząc na ławeczce w porcie w Splicie piję piwko i oczekując trochę nieprzytomna, bo słabo spałam ciągle budzona przez złowrogie dźwięki atakujących pewnych zwycięstwa komarów. I kilka razy podejmowałam próbę pójścia na dworzec autobusowy z powodu wielkiego „przymulenia” mózgu... ale przyjemność posiedzenia na przepełnionym deptaku z widokiem na port i jakby perspektywa popłynięcia taksówką wodną, na którą musiałam poczekać tylko 4 godziny, sprawiła, że siedzę, piję piwko i delektuję się światem z Georgią w myślach...



Właśnie przypłynęła moja wodna taksówka i trochę buja mnie i wieje, ale jestem szczęśliwa. Na deptaku w Splicie zauważyłam osobliwego sprzedawcą sznurowadeł, który jako jedyna osoba, podczas mojej dzisiejszej wizyty w tym mieście, zrobiła na mnie wrażenia. Pan siedzi, przysypiając przy swoich dumnie zwisających różnorodnie kolorowych sznurowadeł, a obok ma zestaw ekskluzywnego czyści buta i tak zupełnie „na luzaku” oczekuje na potencjalnego „elegancika” z zakurzonymi butami... bo „ubłoconych” na ekskluzywnym „deptaku” w Splicie nie da się posiadać. Umilając sobie oczekiwanie na „Okurzonego”  lub „Gubiciela Sznurowadeł”, bądź szalonego kolekcjonera sznurowadeł splickich... więc pan umilając sobie drzemkę, delektuje siebie i przechodzących nędznych „klapkowiczów” piosenką trochę zapomnianą ale pewnie przywołującą u pana „drzemiącego czyścibuta” czas młodości a może świetności firmy... bo może kiedyś było moc dżentelmenów w przykurzonych lakierkach w szpic. Właśnie takie „szpicówki” długonose posiada mój kolega Robert. Gdy spytałam go, czy nie wykopał ich z jakiegoś grobowca, oburzony poinformował mnie, ze to najnowszy szyk nowego gustu i elegancji męskiej... a ja inne buty oglądam w programie Horodyńskiej i Jacykowa, ale może to dopiero przyjdzie i Robert wyprzedza epokę. 
Ciąg dalszy nastąpi...





[1] Kwiat jej sekretu, [w:] „Harper’s Bazaar”, nr 06 (35).
Prześlij komentarz