środa, 30 marca 2016

Warsztat artysty


Własne atelier na najwyższym piętrze nowojorskiego biurowca. Szyby zamiast ścian i oszałamiający widok na miasto. Artysta, z roznegliżowaną modelką popijają szampana, a monumentalny obraz wyczekiwany przez agenta, stoi na sztalugach, wymagając jedynie kilku wykańczających dzieło pociągnięć pędzla (naturalnie, z najwyższej jakości włosiem z kuca pony).
Rzeczywistość odbiega od tej filmowej wizji tak mocno, jak tylko się da. 
To znaczy - być może są gdzieś artyści, kórych warunki pracy właśnie tak wyglądają. Nazywają się Jeff Koons, albo Damien Hirst.
Jednak generalnie pracujemy w skromniejszych warunkach. Znacznie skromniejszych. Atelier to często pokój na piętrze własnego domu, albo, jak w przypadku Lusi - kuchnia i pokój dzienny w jednym. Na parterze. 
Przestrzeń, w której powstaje obraz musi być maksymalnie funkcjonalna. Wszystko jest pod ręką, co najczęściej oznacza, że wszystko leży na wierzchu. Powiedzenie "artystyczny nieład" nie ukuło się bez powodu, lecz jakimś cudem wszystko w tym bałaganie da się znaleźć. Nie zawsze w intuicyjnych miejscach, ale jednak. Na przykład pędzli (zwykle nylonowych, lub kozich, bo na kuce pony nas nie stać) należałoby szukać w zlewie, a kota w szafce z makaronem i kaszą pęczak.
Przechodzimy tym samym do kolejnego istotnego elementu - oprócz stosu papierów, narzędzi, kilkudziesięciu obrazów i Bóg wie czego jeszcze, na tak małej przestrzeni mieszkają również trzy psy i dwa koty. Bywa naprawę wesoło. 
Zamiast szampana wypijamy mnóstwo mocnej kawy, żeby wszystko jakoś ogarnąć. Monumentalne obrazy faktycznie się zdarzają, ale wtedy nie można pójść do łazienki, nie ocierając się bluzką o świeżą warstwę olejnej farby.
Nie muszę chyba dodawać, że agenta też nie ma. Ani zbyt wiele splendoru. Jest za to mnóstwo pracy, naszej i współpracujących z nami galerii. Tutaj szczególny ukłon w stronę Pani Renaty Mosiołek z łódzkiej galerii Kookaburra Studio (i jej internetowego wariantu), za sprawą której obrazy zyskują nowe grono odbiorców i trafiają w ręce kolekcjonerów. A to zawsze sprawia, że szalejemy ze szczęścia. Nieważne, czy jest to pierwszy, czy tysięczny sprzedany egzemplarz. W pracowni na Drwęckiej jeszcze wiele obrazów czeka na swoje wnętrza. 


 Emilia Dadan

Prześlij komentarz